|

Złoty interes Samuela, czyli od Nalewek do Hollywood

W swoim długim życiu Szmuel Gelbfisz modlił się, żebrał, kradł, handlował. Z dna nędzy doszedł na wyżyny luksusu. Z nędznej nory na Nalewkach – do bogatych posiadłości Hollywood. Syn warszawskiego chasyda został ojcem jednej z największych wytwórni filmowych w historii kina. Jak to się stało, że został właścicielem fabryki snów?

Zuzanna Poloniewska

Szmuel Gelbfisz urodził się 17 sierpnia 1879 r. na warszawskich Nalewkach. Ta ulica na Muranowie aż do wybuchu II wojny światowej była sercem żydowskiej dzielnicy Warszawy, a zarazem jednym wielkim centrum handlowym. To była najbardziej hałaśliwa i najbardziej ruchliwa ulica w stolicy Polski, miejsce bardzo specyficzne i jak żadne inne oddające ducha „żydowskiej Warszawy”. Znajdowały się tu setki magazynów, biur handlowych, kantorów i sklepów. Ich właścicielami byli Żydzi: od obracających milionami przedsiębiorców po drobnych handlarzy. Kamienice miały eleganckie fronty i mieściły piękne apartamenty, ale bramy w nich prowadziły do nędznych, brudnych podwórek, gdzie gnieździły się ubogie żydowskie rodziny.

Nędza

I właśnie w jednej z takich nor mieszkała rodzina Gelbfiszów. Głowa rodziny, Aaron Dawid Gelbfisz, próbował handlować meblami, ale jako że był zaangażowanym chasydem, całymi dniami studiował Talmud, co aktywności zawodowej i zarabianiu pieniędzy nie sprzyjało. Jego żona, Chanza Frymet Gelbfisz (z domu Fiszhaut), przy szóstce dzieci i realiach epoki nie miała wielkich możliwości zarobkowych, więc rodzina żyła w biedzie. Najstarsze dziecko, syn Szmuel, dobrze poznał smak nędzy i zapamiętał go na całe życie. Osiem osób tłoczyło się w dwuizbowym mieszkaniu. Było tak ciasno, że Szmuel dzielił łóżko z dwójką rodzeństwa. W domu rodzina rozmawiała w jidysz. Na nędznych podwórkach Szmuel kopał pewnie „szmaciankę”, wymieniając się „uwagami” z kolegami w jidysz oraz w języku polskim. Dookoła słyszał też rosyjski i czytał napisy sporządzone cyrylicą. Może czasem bywał w Ogrodzie Saskim albo buszował po nadwiślańskich krzakach – jak większość jego ubogich rówieśników.

Kiedy zmarł Aaron Gelbfisz, sytuacja rodziny jeszcze się pogorszyła. Aby ją odciążyć i trochę zarobić, znajomi (wedle innej wersji – krewni) Chanzy zaproponowali szesnastoletniemu Gelbfiszowi pomoc w znalezieniu lepiej płatnej pracy od tej, jaką mógł dostać w Warszawie. Był tylko jeden problem: mieszkali w Hamburgu. Chanza nie miała pieniędzy na opłacenie podróży. W 1895 roku szesnastoletni Szmuel wyszedł z Warszawy i ruszył po lepsze życie do Hamburga. Wyszedł dosłownie. Pewnie część tej podróży pokonywał, korzystając z „podwózek” jakimiś chłopskimi furmankami, nocując po rowach albo u ludzi, którzy „dziadowi” pozwolili przespać w stodole czy sieni, ale podróż tę odbył pieszo. Pokonał ok. 850 km. Niemieckiego nie znał, ale znał jidysz, a to była już podstawa do nauki tego języka. I tak rozpoczął pracę w fabryce rękawiczek u rodziny Liebglidów. Nie czuł się w niej dobrze. Zarobił parę groszy, akurat tyle, żeby wystarczyło na podróż do Anglii, i udał się do ciotki do Birmingham. Trafił trochę „z deszczu pod rynnę”, bo został czeladnikiem u kowala. Praca cięższa niż w fabryce. Próbował jeszcze handlu w postaci sprzedaży gąbek, ale ile gąbek mógł sprzedać młody chasyd z Polski, nieznający słowa po angielsku? Najprawdopodobniej jednak już wtedy zmienił imię i nazwisko na Samuel Goldfish. Brzmiało zdecydowanie lepiej niż Szmuel Gelbfisz, od razu wskazujące na pochodzenie z Nalewek. Pracując u kowala, rozpoczął też pilną naukę języka angielskiego, choć – jak pokazała przyszłość – talentu do języków akurat nie miał.

Jako Samuel Goldfish zdecydował się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Wtedy jeszcze potrzebowały one mnóstwo rąk do pracy, a zamieszkanie w USA ograniczały w zasadzie „tylko” koszty podróży – kto mógł je ponieść, mógł próbować szczęścia za „wielką wodą”. Inna sprawa, że tysiące imigrantów nie dało rady, stoczyło się w nędzę i zginęło, próbując ułożyć sobie życie w kraju „wolnych i równych”. Jak do USA dotarł Goldfish, nie do końca wiadomo. Andrzej Krakowski, autor książki „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood” (wyd. 2011), pisał: „Wiele lat później, pytany przy różnych okazjach o to, jak dotarł do Stanów, Goldwyn dawał sprzeczne odpowiedzi. Opowiadał na przykład, jak siedział na ławce w Liverpoolu i płakał, kiedy nieznajomy przechodzień zlitował się nad jego losem i kupił mu bilet na statek do Nowego Jorku”. Mało prawdopodobne, zwłaszcza że bilet do Nowego Świata to była równowartość kilkumiesięcznych zarobków robotnika (nawet w przeliczeniu na dzisiejsze ceny było to więcej niż lot klasą ekonomiczną). Stąd niektórzy biografowie wskazują, że Samuel Goldfish, poza zajęciami zawodowymi, po prostu żebrał. Byle tylko uzbierać pieniądze na bilet do USA.

Amerykański sen

Najprawdopodobniej podróż odbył na statku Labrador, który 26 listopada 1898 r. wypłynął z Liverpoolu do kanadyjskiego Halifaxu. I właśnie w Kanadzie Samuel postawił stopę na północnoamerykańskiej ziemi. Nie został tam długo. Już w styczniu 1899 r. pojawił się w Nowym Jorku. Zadomowił się w Gloversville w stanie Nowy Jork – mieście słynącym z produkcji rękawiczek. Po angielsku znał parę słów, ale do szycia rękawiczek biegła znajomość angielskiego nie była potrzebna. Inna rzecz, że szyjąc całymi dniami rękawiczki, wieczorami Samuel wkuwał angielskie słówka, a ile tylko mógł, „łapał” też język od innych pracowników. Pilność się opłaciła, bo w 1906 r. Samuel Goldfish został dyrektorem sprzedaży w Elite Glove Company – jednej z największych firm w branży rękawiczek (a pamiętajmy, że mowa o początku XX w., kiedy żadna dama nie pokazała się na ulicy bez rękawiczek i w dodatku potrzebowała ich kilkanaście par, w zależności od pory dnia i okoliczności, i żaden gentleman nie wybrał się na bal bez rękawiczek, nie mówiąc o takich okazjach jak ślub). Imigrant, który po swoje marzenie wyruszył na piechotę, zaczął już całkiem przyzwoicie zarabiać. Coś, co komuś by wystarczyło, dla Samuela było początkiem.

Żydowski ojciec chrzestny czy szwagier?

Tu pojawia się jedna z licznych niejasności w biografii Samuela. Znajomość z Lanskym. A może z Laskym? W artykułach opisujących życie Goldfisha można znaleźć informacje o jego znajomości z Meyerem Lanskym – legendą gangsterskiej Ameryki tamtych czasów. Tak naprawdę Lansky nazywał się Meier Suchowlański, pochodził z żydowskiej rodziny z Grodna, a na początku XX wieku został księgowym mafii. Tu trzeba dodać, że niebywale inteligentny Lansky razem z mafiosami Luciano i Buggsy’m Siegelem „zrewolucjonizował mafię”, odchodząc od krwawych wojen na rzecz lukratywnych interesów typu hazard w Las Vegas czy eleganckie hotele z kasynami na Kubie. Do świata Hollywood przeniknął konkretnie Buggsy Siegel, podczas gdy Lansky całe życie trzymał się w cieniu. Hollywood oddało mu jednak hołd – zagrana przez Lee Strasberga rola żydowskiego mafiosa Hymana Rotha w drugiej części „Ojca chrzestnego” (1974) była wzorowana właśnie na Lanskym (zresztą po premierze filmu Lansky zadzwonił do Strasberga i pogratulował mu roli). Notabene Lansky całe życie dumnie podkreślał: „Jestem Polakiem”. Jednakże, chociaż obaj działali w Hollywood, nie ma bezpośrednich dowodów powiązania Goldfisha i Lansky’ego.

Może zadziałało podobieństwo nazwisk, bowiem dla Samuela przełomem okazała się bliska znajomość z Jesse’em Laskym.

Ta znajomość zaczęła się od ambicji Samuela. Pomimo że był zaledwie zdolnym sprzedawcą rękawiczek, Samuel zaczął starać się o rękę Bessie Ginzberg, córki jednego ze swoich pracodawców. Panna Ginzberg nie gustowała w imigrantach, nawet zdolnych, i w 1909 r. poślubiła Jessego Lasky’ego. Ten miał bardzo niesztampowy życiorys: jako nastolatek grał w lokalnych orkiestrach w San Francisco, a potem został jednym z nielicznych białych muzyków grających w prestiżowym zespole Royal Hawaiian Band w Honolulu. Zdecydowanie nie powiodło mu się jako poszukiwaczowi złota na Alasce. Dotarł tam w 1900 r., mając zaledwie 20 lat, i po kilku miesiącach przyjechał do Nowego Jorku jako kompletny bankrut. Uratowała go branża rozrywkowa. Razem z siostrą Blanche stworzył numer estradowy (vaudeville) znany jako Lasky Trio (później produkowali też spektakle muzyczne pod szyldem „Lasky’s Rollickers”). Branża rozrywkowa okazała się dochodowa i w 1909 r., kiedy poznał Bessie, Lasky był już majętnym producentem muzycznym. Nic dziwnego, że Bessie wolała jego niż zdolnego sprzedawcę rękawiczek.

Miała jednak dobre serce, żal jej było ambitnego sprzedawcy i na pocieszenie zaprosiła Samuela na przyjęcie, na którym zapoznała go ze swoją szwagierką – Blanche Lasky. Blanche spojrzała na Samuela życzliwie. Jesse zachował się jak każdy brat – starania Goldfisha o siostrę przyjmował wrogo, uważał, że ten chce po prostu poprawić swój byt, i stanowczo zabraniał siostrze spotkań z Samuelem. Efekt łatwo przewidzieć – 8 maja 1910 r. w Nowym Jorku Samuel i Blanche stanęli na ślubnym kobiercu. Oczywiście znacząco poprawiło to zawodową sytuację Samuela. Ten chciał jednak pokazać, że odpowiednia inwestycja sprawi, że zarobi więcej niż na
rękawiczkach.

Trzy lata zajęło mu przekonanie Jessego do swojej osoby i w końcu w 1913 r. zaproponował mu założenie wytwórni filmowej. Początkowo Lasky uznał, że ma do czynienia z… idiotą. Był u szczytu sławy jako producent rewii i wodewili, a „ruchome obrazki” uważał za rozrywkę dla plebsu, która w dodatku nie ma żadnej przyszłości. Krótkie prezentacje „ruchomych obrazków” w nickelodeonach – brudnych salkach, w których za parę centów zasiadali robotnicy i imigranci – uważał za zajęcie poniżej swojej godności artystycznej. Uważał, że „teatr jest wieczny”, a ta prymitywna rozrywka szybko przeminie. Samuel po raz pierwszy pokazał wówczas to, z czego słynął potem przez całe biznesowe życie – ośli upór. Wciąż i wciąż przekonywał szwagra, że film może trwać dłużej niż 10 minut, że da się na taśmę filmową przenieść sztuki teatralne i że raz nagraną taką sztukę będzie można pokazywać wiele razy bez płacenia za każdym razem aktorom czy obsłudze technicznej teatru. Zapewniał, że tak jak potrafi sprzedawać rękawiczki, tak sprzeda filmy. Do Lasky’ego ostatecznie przemówił argument finansowy, ale zgodził się na spółkę dopiero wtedy, gdy Samuel przysiągł, że Lasky będzie „twarzą” i prezesem firmy, a on zajmie się tylko sprzedażą. Kiedy Lasky w końcu się zgodził, wciągnął do spółki swojego przyjaciela, ambitnego dramaturga Cecila B. DeMille’a. I tak w 1913 r. powstała wytwórnia Jesse L. Lasky
Feature Play Company.

Pierwszy film w stodole

Rok później powstał pierwszy, oczywiście niemy, film fabularny nakręcony w Hollywood pt. „Mąż Indianki”, właśnie produkcji Jesse L. Lasky Feature Play Company. Legenda głosi, że o miejscu kręcenia pierwszego pełnometrażowego filmu zdecydował los – panowie rzucali monetą, kto ma jechać na Zachód, padło na DeMille’a – i tak narodziło się studio w Hollywood. Inna wersja głosi, że na plan filmowy została wyznaczona Arizona, ale wysiadającego z pociągu w Flagstaff w Arizonie DeMille’a przywitała potężna śnieżyca. Od razu wiedział, że żadnych zdjęć nie będzie. Wsiadł do pociągu jadącego na Zachód i wysiadł aż w kalifornijskim Los Angeles. Krążąc po okolicy, odkrył małą, rolniczą miejscowość Hollywood, która zachwyciła go słońcem i różnorodnością terenu (bliskość gór, oceanu i pustyni), idealną do kręcenia filmów.

Powód mógł być jednak bardziej prozaiczny i związany z „wojną” producentów filmowych z Thomasem Edisonem (więcej o niej w tekście z poprzednich numerów o wytwórni Warner Bros.). Krótko mówiąc – kręcenie filmów w Los Angeles było łatwiejsze, jako że tylko w stanie Kalifornia producenci nie musieli opłacać się samozwańczemu „wynalazcy kina” Edisonowi.

Tak czy inaczej DeMille wynajął później legendarną (znowu to słowo!) stodołę na rogu Selma Avenue i Vine Street, która stała się pierwszym studiem wytwórni Jesse L. Lasky Feature Play Company. Kiedy Samuel i Jesse otrzymali od DeMille’a depeszę, w której ten komunikował, że zamiast prerii Arizony na plan filmowy wybrał jakąś dziurę pod Los Angeles, a otrzymane pieniądze zainwestował w wynajęcie stodoły od jakiegoś farmera, byli przerażeni i wściekli. Szczególnie wściekły był Samuel – przekazał DeMille’owi wszystko, czego się dorobił w USA, a tymczasem zapowiadało się, że ten zamiast wykorzystać jego pomysł robienia filmów, doprowadzi obu wspólników do ruiny. Samuel i Jesse chcieli natychmiast odwołać produkcję. Podobno wysłali do DeMille’a depeszę o treści: „Nie podpisuj żadnych umów. Wracaj natychmiast”, na co DeMille odpisał: „Podpisałem kontrakt na wynajem na rok. Pozdrawiam”. Wściekłość szwagrów została ukojona, gdy zobaczyli pierwsze kawałki filmu – przy ówczesnych możliwościach technicznych i stosowanej taśmie filmowej kalifornijskie słońce pozwoliło na jakość, jakiej nie miał żaden z filmów kręconych wówczas na wschodnim wybrzeżu. To było cudo i nawet Lasky spuścił z tonu.

Przyznać trzeba, że jak na swoje czasy „Mąż Indianki” był to film nowoczesny i po prostu – dobry. „Mąż Indianki był filmem przełomowym pod wieloma względami. Był dłuższy niż dotychczasowe jednoaktówki, trwał ponad godzinę, miał 264 sceny i wielowątkową narrację. Akcja zręcznie przechodziła z Anglii przez Nowy Jork aż na Dziki Zachód. W scenariuszu pojawiły się zróżnicowane postacie, a sam film odważnie krzyżował różne gatunki: western i romans” – pisał o tej produkcji Andrzej Krakowski, cytowany przez portal dzieje.pl.

Premiera filmu odbyła się 12 lub 15 lutego 1914 r. i okazała się olbrzymim sukcesem. Z dnia na dzień Lasky i Goldfish zostali krezusami. Kosztujący 15–20 tysięcy dolarów (co na tamte czasy było sporą sumą jak na debiut) film zarobił ponad 244 tysiące dolarów (według niektórych źródeł nawet więcej), co oznaczało ponad dziesięciokrotny zwrot z inwestycji. Maleńkie studio Jesse L. Lasky Feature Play Company stało się jedną z najbardziej znanych firm w branży, a zarazem łakomym kąskiem dla już istniejących wytwórni.

Zmiana

Ten sukces mógł być początkiem wieloletniej współpracy, ale zamiast tego stał się początkiem jej końca. Jak się okazało, w przypadku Goldfisha i Lasky’ego zasada o piramidach stawianych ze szwagrem w ogródku nie sprawdziła się, przy czym spora w tym „zasługa” samego Samuela. Im dłużej trwała współpraca z Laskym, tym bardziej sypało się małżeństwo z jego siostrą. Goldfish był człowiekiem o niezwykle wybuchowym temperamencie, chorobliwie ambitnym i apodyktycznym. Życie z nim było wyczerpujące emocjonalnie, zwłaszcza że żonę bez oporów zdradzał, co Blanche znosiła z najwyższym trudem. W końcu, w 1915 r., powiedziała „dość” i zażądała rozwodu. Dostała go, zatrzymując przy sobie także jedyną córkę pary, urodzoną w 1912 r., Ruth. Po rozwodzie Samuel Goldwyn całkowicie odciął się od byłej żony i córki. Przez wiele lat nie utrzymywał z Ruth kontaktu, a po ponownym ożenku (z aktorką Frances Howard) skupił całą swoją uwagę na synu, Samuelu Goldwynie Jr. Ruth nie zrobiła kariery w Hollywood, chociaż wyszła za mąż za krewnego słynnej aktorki Rity Hayworth (urodzonej jako Margarita Cansino). Zmarła w 1991 r., do końca życia chroniąc swoją prywatność i unikając rozmów o ojcu.

Nowy biznes

W momencie rozwodu siostry Lasky naturalnie stanął po jej stronie, co w praktyce uniemożliwiło zawodową współpracę z Goldfishem. Lasky zdecydował się połączyć siły z potężną wytwórnią Adolpha Zukora, tworząc giganta, z którego powstało Paramount Pictures. Jesse Lasky finalnie został wiceprezesem Paramount z gigantyczną pensją i udziałami, co pozwoliło mu na życie w luksusie przez kolejne 20 lat. Nawiasem mówiąc, w latach dwudziestych XX w. jedną z wielkich gwiazd Paramountu była Pola Negri, czyli Apolonia Chałupiec, jedyna polska aktorka, która zrobiła w Hollywood prawdziwą, choć dość krótką karierę. Wróćmy jednak do bohatera tej historii.

Zaraz po połączeniu firm Zukor i Lasky zjednoczyli siły, aby pozbyć się Samuela. W 1916 r. został zmuszony do odejścia z własnej firmy. Lasky i Zukor wypłacili mu ogromną jak na tamte czasy sumę – około 900 tysięcy dolarów. W przeliczeniu na dzisiejszą wartość dolara – 25 mln dolarów.

Goldfish umiał zarządzać taką fortuną, ale potrzebował kogoś, kto znał się na tzw. branży. Wtedy jeszcze większość tego biznesu koncentrowała się w Nowym Jorku i właśnie w Nowym Jorku Samuel Goldfish poznał Edgara i Archibalda Selwynów, a tak naprawdę – Seligmanów, synów polsko-żydowskich imigrantów. Obaj urodzili się już po przybyciu ich rodziców do Ameryki, a kiedy poznał ich Samuel Goldfish, obaj byli potentatami branży rozrywkowej na Broadwayu – Edgar był uznanym aktorem i dramaturgiem, a Archibald jednym z najlepszych menedżerów.

Bracia mieli sieć teatrów (m.in. Selwyn Theatre w Nowym Jorku) i agencję literacką, talent do wyszukiwania świetnych tekstów i apetyt na więcej. Samuel miał mnóstwo pieniędzy, talent do sprzedaży wszystkiego i pierwsze doświadczenie w branży filmowej. W 1916 r. połączyli siły, zakładając wytwórnię filmową Goldwyn Pictures Corporation. Jak łatwo się domyślić, nazwa powstała ze zbitki nazwisk właścicieli: „gold” od Goldfisha i „wyn” od Selwynów. Bracia Selwyn wnieśli do spółki bibliotekę swoich sztuk teatralnych oraz kontakty z gwiazdami Broadwayu, Samuel Goldfish – zarządzanie produkcją i wizję biznesową, dziś powiedzielibyśmy: know-how. Oprócz tego cała trójka złożyła się na kapitał zakładowy, który wyniósł 3 mln dolarów, co jak na tamte czasy było kwotą wprost ogromną.

Pierwszym filmem wyprodukowanym po założeniu studia Goldwyn Pictures Corporation był dramat (oczywiście niemy) z 1917 r. „Polly z cyrku”, będący ekranizacją sztuki napisanej przez żonę Edgara Selwyna, Margaret Mayo. Oto jego fabuła:

Tytułowa Polly (w tej roli wystąpiła gwiazda Broadwayu Mae Marsh) – sierota i wychowanka cyrkowców – uprawia woltyżerkę. Pewnego razu podczas występów cyrku w małym miasteczku Polly ulega groźnemu wypadkowi – spada z konia i odnosi poważne obrażenia. Cyrk musi ruszać w dalszą trasę, więc ranna dziewczyna zostaje pod opieką miejscowego pastora, Johna Douglasa (lub Hartleya, zależnie od opracowania), który przyjmuje ją do swojego domu na czas rekonwalescencji. Pomiędzy barwną cyrkówką i statecznym pastorem rodzi się uczucie, którego nie są w stanie zaakceptować parafianie tego ostatniego. Pod naciskiem parafian i plotek, które niszczą reputację pastora, Polly decyduje się odejść, by nie niszczyć mu kariery, i wraca do cyrku. Po roku rozłąki cyrk ponownie przyjeżdża do miasta. Dochodzi do dramatycznego pożaru cyrkowych namiotów, podczas którego pastor ratuje nieprzytomną Polly z ognia. Ostatecznie dziewczyna żegna się ze swoimi cyrkowymi przyjaciółmi i zostaje z ukochanym, a społeczność akceptuje ich związek.

Film odniósł olbrzymi sukces, a Samuel udowodnił wspólnikom, że jego pomysł ekranizacji sztuk z Broadwayu sprawdza się i przynosi większe zyski niż „wieczny teatr”.

Oczywiście wspólnicy postanowili „pójść za ciosem”, przy czym od razu podjęli ważną decyzję i to głównie za sprawą Samuela. Otóż chciał on, aby Gold-
wyn Pictures Corporation było synonimem prestiżu i wysokiej jakości. Może też, żeby pokazać byłemu szwagrowi, że „ruchome obrazki” to nie jest tandeta i można robić ambitne filmy, wytwórnia Goldwyn zdecydowała się właśnie na takie. Nie płytkie komedyjki z aktorami obrzucającymi się tortami z bitą śmietaną, ale filmy, w których „o coś” chodziło.

Wśród najlepszych produkcji można wymienić np. film „Kara” (The Penalty, 1920) – mroczny thriller o zgorzkniałym kalece, któremu w dzieciństwie lekarz przez pomyłkę amputował obie nogi, a po latach planuje on zemstę na medykach, którzy skrzywdzili go na całe życie.

Inny wart uwagi film to „As kier” (The Ace of Hearts, 1921) z Lonem Chaneyem – thriller psychologiczny opowiadający o losach członków tajnego stowarzyszenia, które zajmuje się wymierzaniem sprawiedliwości wpływowym ludziom uznanym za szkodliwych dla społeczeństwa, uznawany za jeden z najważniejszych dramatów ery niemego kina, głównie dzięki roli Lona Chaneya oraz atmosferze napięcia budowanej wokół politycznego radykalizmu i osobistych uczuć bohaterów.

Warto tu podkreślić, że filmy te, podobnie jak wszystkie pozostałe produkcje Goldwyn Pictures Corporation, były filmami niemymi. Łącznie podczas dziesięcioletniej współpracy Samuela i braci Selwynów powstało 181 filmów – praktycznie co miesiąc jakaś nowa produkcja.

Niestety, choć filmy powstawały jeden za drugim, współpraca pomiędzy wspólnikami wcale nie była łatwa. Pierwszy bardzo poważny zgrzyt nastąpił, gdy w 1918 r. Samuel Goldfish oficjalnie zmienił nazwisko na Samuel Goldwyn. Selwynom to się więcej niż nie spodobało – uznali to za próbę przywłaszczenia marki, która pierwotnie była połączeniem obu nazwisk. Bardzo nie podobało im się też przejmowanie kontroli nad produkcjami filmowymi: Samuel jako perfekcjonista nie tylko chciał osobiście nadzorować każdą produkcję, ale wielokrotnie przekraczał budżety, żeby tylko osiągnąć najwyższą jakość. Miał świetne pomysły, co także zdawało się drażnić jego wspólników. Wśród nich ten najbardziej znany,
któremu warto poświęcić krótką dygresję.

Lew, co (jeszcze) nie ryczy

Nie da się ukryć, że najbardziej z Goldwynem kojarzy się ryczący lew – symbol Goldwyn Pictures Corporation, a później także Metro-Goldwyn-Mayer. Skąd się wziął i jaka była jego historia?

Po raz pierwszy pojawił się przy okazji filmu „Polly z cyrku”. Film „Polly z cyrku” był przygotowany perfekcyjnie także pod względem marketingowym. Wytwórnia zadbała więc o to, by widzowie ją kojarzyli. Zgodnie z pomysłem Samuela jej symbolem został lew otoczony taśmą filmową. Logo to jeszcze w 1916 roku zaprojektował Howard Dietz, zainspirowany bojową pieśnią sportowców z Uniwersytetu Columbia „Roar, Lion, Roar”, których maskotką był lew. Tego pierwszego, jeszcze dość „smętnego” lwa umieścił w pierścieniu zrobionym z taśmy filmowej, na którym widniało łacińskie motto Ars Gratia Artis – „sztuka dla sztuki”. Ponieważ kino było nieme, na premierze filmu „Polly z cyrku”, kiedy logo to zaprezentowano, lew też był niemy. Konkretnie był to lew imieniem Slats – mieszkaniec zoo w Dublinie. W logo jedynie spokojnie i dostojnie się rozglądał.

Następny był Jackie. Jego kariera trwała bardzo długo, bowiem występował w logo, już Metro-Goldwyn-Mayer (MGM), w latach 1928–1956. To jego ryk przez lata słyszeli widzowie czarno-białych produkcji. Był zresztą znany i z tego, że przeżył katastrofę samolotu i kilka wypadków kolejowych, przez co zyskał przydomek „Leo the Lucky”. Jednocześnie w logo MGM występowały także dwa inne lwy (w latach 1927–1934). Byli to Telly i Coffee, używani do nagrania czołówek w technicolorze, choć przyznać trzeba, że nie wypadali tak imponująco jak Jackie – ani z wyglądu, ani z ryknięcia.

W latach 1934–1956 przy prezentacji najlepszych i największych hitów MGM czasu „złotej ery Hollywood” widzów wprowadzał w atmosferę lew Tanner – najbardziej „agresywny” ze wszystkich, jakie zaprezentowały się w wieńcu z filmowej taśmy. To jego ryk towarzyszył takim hitom, jak „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” (1939) z Judy Garland w roli głównej (notabene kręcenie tego filmu było istną torturą i złamaniem wszelkich zasad, a dziś z pewnością by nie powstał) czy „Przeminęło z wiatrem” (w koprodukcji z Selznick International Pictures) z 1939 r., obsypanego Oscarami, jednego z największych hitów w historii kinematografii. Na dwa lata (1956–1958) w logo MGM występował George – jeśli wierzyć porównaniom z poprzednikami, miał bardzo bujną grzywę i nieco inny profil. W końcu w latach 1957–2021 logo MGM prezentował Leo. Miał łagodniejsze rysy i charakterystyczne dwukrotne ryknięcie. To on witał widzów filmów o Jamesie Bondzie czy Rocky’ego. Parę lat temu lwie kariery zakończyły się: w 2021 r. prawdziwego lwa zastąpiła
animacja CGI. Cyfrowy model został stworzony na podstawie wizerunku Leo, aby zachować ciągłość, ale logo jest teraz bardziej wyraziste, a taśma filmowa wokół niego ma złoty, metaliczny połysk. I wciąż to samo motto: Ars Gratia Artis, choć sam przyznasz, Szanowny Czytelniku, że to już nie to – w końcu co prawdziwy lew, to prawdziwy. Wróćmy jednak do początku lat dwudziestych, czasu, kiedy zaczynała się złota era Hollywood.

Wszystko, co najlepsze

Samuel (już) Goldwyn był przekonany, że aby kino przestało być traktowane jedynie jako jarmarczna rozrywka, musi opierać się na solidnych fundamentach literackich, przy czym nie może być nimi kupowanie praw do gotowych książek czy sztuk teatralnych. Uważał, że w proces tworzenia filmów należy zaangażować słynnych literatów. Postanowił odwrócić kolejność: nie najpierw książka, potem scenariusz i film, tylko najpierw scenariusz i film, a potem ewentualnie książka, i w 1919 r. zainicjował projekt Wybitni Autorzy (Eminent Authors). Goldwyn sprowadzał znanych pisarzy do
Hollywood, aby na miejscu uczyli się techniki pisania scenariuszy i brali udział w produkcji. W ten sposób pod jego skrzydła trafili np. Gertrude Atherton, Mary Roberts Rinehart, Basil King czy Rex Beach. Polskiemu czytelnikowi być może ich nazwiska wiele nie powiedzą (może poza ostatnim, od 1951 r. objętym w Polsce cenzurą i wycofanym z bibliotek), ale na początku XX w. wszyscy byli w USA poczytnymi pisarzami. Niestety, nie wyszło. Większość pisarzy nie potrafiła przestawić się z języka pisanego na wizualny język kina niemego i pisała scenariusze wymagające długich napisów na planszach, co absolutnie się nie sprawdzało: widza nudziło, a znacznie zwiększało koszty. Dodatkowo żądali astronomicznych gaż, co pogarszało finanse wytwórni bez szans na ich odzyskanie po pokazaniu filmów w kinach. Jakby tego było mało, reżyserzy i profesjonalni scenarzyści często ignorowali pomysły literatów, uważając je za niepraktyczne w warunkach planu filmowego. Profesjonalizm Goldwyna tym razem się nie sprawdził. Po kilku latach projekt upadł, ale Samuel, jak to robił przez całe życie, wyciągnął z niego ważną lekcję: w filmie najważniejsza jest opowieść – jeśli historia zaciekawi widza, sukces jest gwarantowany. Jednakże lekcja ta była kosztowna, bo skończyła się odejściem Goldwyna z wytwórni. A było tak:

Dwa Goldwyny

W marcu 1922 roku Samuel Goldwyn został odsunięty od władzy w Goldwyn Pictures Corporation. Zarząd wytwórni, a zwłaszcza Selwynowie, mieli dość trudnego charakteru wspólnika, tym bardziej że „za rogiem” czaił się już kolejny. Był nim Marcus Loew, właściciel potężnej sieci kin Loew’s Inc. oraz zakupionej w 1920 r. wytwórni Metro Pictures. Miał jednak taki kłopot, że Metro Pictures nie była w stanie produkować wystarczającej liczby hitów, by zapełnić ekrany jego kin. Wytwórnia Goldwyn Pictures Corporation miała świetne zaplecze techniczne i prestiżowe filmy, ale po odsunięciu od zarządzania Samuela także problemy z produkcją nowych filmów, co czyniło ją łakomym kąskiem dla Loewa. Z tym że on też potrzebował dobrego menedżera i dyrektora. Jego wybór padł na Louisa B. Mayera, który prowadził mniejszą, ale bardzo dobrze zorganizowaną firmę – Louis B. Mayer Productions (a potem wymyślił Oscary). Panowie zawiązali spółkę, do której Mayer wniósł jako „aport” swojego genialnego współpracownika, Irvinga Thalberga, późniejszego legendarnego szefa produkcji. Z takim „zapleczem” Loew złożył Goldwyn Pictures Corporation propozycję nie do odrzucenia – fuzję i założenie wspólnego studia filmowego, już bez Samuela Goldwyna. Samuel niechętnie sprzedał swoje udziały Loewowi, otrzymując za nie 1 mln dol. i zostawiając firmie nazwisko, ryczącego lwa, którego wymyślił, i prawa do filmów.

I tak w 1924 r. powstała wytwórnia Metro-Goldwyn, do której po niedługim czasie dodano nazwisko Mayera w uznaniu jego kluczowej roli w zarządzaniu studiem. W ten sposób w 1925 r. powstała Metro-Goldwyn-Mayer (MGM). Wytwórnia dodała swoją nazwę do lwa zaproponowanego przez Goldwyna i rozpoczęła wielką karierę.

Niezależność

Samuel Goldwyn doszedł do wniosku, że ma już dość wspólników i sypiących się po kilku latach firm. Postanowił działać sam i pod swoim nazwiskiem. Założył niezależną wytwórnię Samuel Goldwyn Productions i znowu nadepnął na odcisk byłym wspólnikom. Metro-Goldwyn próbowała zakazać mu tej nazwy i posługiwania się nazwiskiem Goldwyn, argumentując przed sądem federalnym, że prawo do tej marki należy do korporacji. Samuel wywodził, że ma prawo do używania własnego, legalnie zmienionego nazwiska w celach zawodowych. Ostatecznie sąd stanął po jego stronie, orzekając, że „człowiek ma prawo nazywać się, jak chce, i dowolnie używać swojego nazwiska”. Jednakże Goldwyn mógł używać swojego nazwiska w reklamach filmów tylko pod warunkiem dodania dopisku: „niepowiązany z Goldwyn Pictures Corporation” (ang. not now connected with Goldwyn Pictures Corporation), co samego zainteresowanego ani trochę nie zmartwiło. Proces przysporzył mu popularności, zarówno jako niezależnemu twórcy, jak i jako człowiekowi, który w starciu z potężną korporacją musi walczyć o swoją tożsamość. W ten sposób, w 1923 r., Samuel Goldwyn rozpoczął całkowicie niezależną karierę i został najbardziej wpływowym producentem niezależnym w Hollywood. Wreszcie mógł pracować, jak chciał, z kim chciał i nad czym chciał, a finansowo ograniczał tylko sam siebie. Współpracował z najwybitniejszymi reżyserami (np. Williamem Wylerem) i scenarzystami (np. Dorothy Parker, Lillian Hellman), budując reputację studia o najwyższych standardach produkcji. Grali u niego najlepsi: Gary Cooper, Barbara Stanwyck, Laurence Olivier czy Danny Kaye. Nie miał własnej sieci kin ani tak wielkich budżetów jak potężne studia, ale mógł z nimi skutecznie rywalizować.

Do najlepszych filmów, które wyszły „spod jego ręki” jako niezależnego producenta, należy np. dramat „Wichrowe Wzgórza” (Wuthering Heights). Ta nakręcona w 1939 r. produkcja opowiadająca o miłości Heathcliffa, przygarniętego w dzieciństwie jako znajda przez zamożną rodzinę Earnshawów, do jego przyrodniej siostry Katarzyny, do dziś uchodzi za jedną z najlepszych ekranizacji klasyki literatury, a w 1940 r. otrzymała Oscara za zdjęcia czarno-białe (rywalizację o statuetkę dla najlepszego filmu Goldwyn przegrał z „Przeminęło z wiatrem” – produkcji MGM).

„Odbił” sobie tę przegraną filmem „Najlepsze lata naszego życia” (The Best Years of Our Lives, 1946) – opowieścią o trudnych powrotach żołnierzy z II wojny światowej. Za ten film otrzymał 8 Oscarów, w tym za najlepszy film, ale też m.in. za reżyserię, scenariusz, muzykę, dla najlepszego aktora pierwszo- i drugoplanowego oraz dla najlepszej aktorki. Właściwie ze wszystkich kategorii, w których był nominowany, film nie otrzymał statuetki tylko w kategorii „najlepszy dźwięk”. Film „Najlepsze lata naszego życia” przyniósł Goldwynowi fortunę – był to najbardziej dochodowy film w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii od czasu „Przeminęło z wiatrem” (znowu MGM!). Był to także szósty najczęściej uczęszczany film w brytyjskich kinach w historii, przy sprzedanych 20 mln biletów. Jego sława nie przeminęła – w 1989 roku film został jednym z pierwszych 25 filmów wprowadzonych do Narodowego Rejestru Filmowego Stanów Zjednoczonych jako „znaczących kulturowo, historycznie bądź estetycznie”. Szacuje się, że na wyświetlaniu w kinach „Najlepszych lat” Samuel Goldwyn zarobił prawie 24 mln dol. przy kosztach produkcji na poziomie 2 mln dol. Dziesięć razy tyle. Zupełnie jak przy swoim pierwszym filmie. Biorąc pod uwagę dzisiejszą wartość dolara, zyski wyniosłyby setki milionów dolarów. Nic dziwnego, że „Najlepsze lata” uczyniły z Samuela jednego z najbogatszych ludzi Hollywood.

W zasadzie mógł już nie pracować, ale nakręcił jeszcze kilka filmów, wśród nich „Żonę biskupa” (The Bishop’s Wife, 1947) – komedię fantastyczną z Carym Grantem – ciepłą opowieść o protestanckim biskupie, który, pracując z entuzjazmem dla swoich wiernych, zaniedbuje żonę, przynajmniej do chwili, kiedy przysłany z nieba anioł uświadamia mu istnienie także zobowiązań wobec małżonki.

Innym hitem był musical z 1955 r. „Faceci i laleczki” (Guys and Dolls) z Marlonem Brando i Frankiem Sinatrą – numer 1 na liście najbardziej dochodowych filmów 1956 roku według magazynu „Variety”. W całej historii produkcji Goldwyna jedynie „Najlepsze lata naszego życia” zarobiły więcej. Na jego produkcję Goldwyn wydał 5,5 mln dolarów. Całkowite zyski z jego dystrybucji na całym świecie wyniosły 20 mln dolarów. Co ciekawe – dystrybucją tego filmu zajęła się MGM – był to jedyny raz, kiedy wytwórnia ta pomogła w dystrybucji Goldwynowi.

Dobra passa skończyła się cztery lata później na musicalu „Porgy i Bess” (Porgy and Bess). Chociaż w 1959 r. film dostał Oscara za najlepszą muzykę, okazał się finansową porażką – zyski z biletów pokryły jedynie jedną czwartą kosztów produkcji. I właśnie po nim Samuel Goldwyn uznał, że już wystarczy. Wycofał się. Swojego studia nie sprzedał, ale filmów już nie robił.

Za to podobnie jak wielu innych milionerów założył fundację. Samuel Goldwyn Foundation do dziś wspiera edukację, służbę zdrowia i kulturę (m.in. fundując nagrody dla młodych scenarzystów). Zajął się też zarchiwizowaniem całej swojej ogromnej twórczości, a przy okazji także pilnowaniem telewizyjnych pokazów swoich hitów. Chętnie spotykał się z młodymi producentami i udzielał się towarzysko w Los Angeles. Naprawił też nieco relacje z zapomnianą i odrzuconą lata wcześniej córką. Jego rezydencja przy Laurel Lane (zbudowana w 1930 r.) była jednym z centrów życia towarzyskiego starego Hollywood. Gościli tam prezydenci USA (m.in. Eisenhower) oraz najwięksi artyści epoki. Dziś dom ten należy do piosenkarki Taylor Swift, która w 2015 r. zakupiła go za 25 mln dol., odrestaurowała i nadała mu status zabytku.

Smutna historia

Krąży legenda, że Samuel Goldwyn wspierał pozostawioną w Warszawie rodzinę. Nie jest to do końca prawda. Wychodząc z Warszawy, pozostawił na Nalewkach matkę oraz pięcioro rodzeństwa, w tym braci Barela i Beniamina oraz siostry Mańkę, Natalię i Sally. Jednakże, gdy bracia Warner za pierwsze zarobione pieniądze ściągali bliskich do USA, Samuel zdawał się odcinać od swoich korzeni. Do USA dotarł Beniamin (Ben) Gelbfisz, który osiedlił się w Kalifornii i pracował w branży filmowej (choć nie osiągnął sukcesu na miarę brata). Reszta rodziny najprawdopodobniej zginęła w Holokauście, choć przecież Samuel miał wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, by przed 1939 r. sprowadzić rodzinę do siebie. Nie wiadomo, dlaczego tego nie zrobił. Może się wstydził?

Zmieniając nazwisko, starał się ukryć swoje pochodzenie, choć nigdy mu się to nie udało, chociażby dlatego, że nigdy nie nauczył się dobrze mówić po angielsku i często przekręcał słowa, a wszyscy i tak wiedzieli, skąd jest i kim był. Powód do wstydu to żaden, bo przecież połowa producentów Hollywood była żydowskimi imigrantami z Europy, którzy do milionów dochodzili od zera.

Samuel latami unikał rozmów na temat swojego pochodzenia. Dopiero jego syn – Samuel Goldwyn Jr. – i wnuk zainteresowali się historią Gelbfiszów. Wiele odnaleźć nie mogli – Nalewki Niemcy zrównali z ziemią, ale na cmentarzu żydowskim do dziś znajduje się grób Aarona Gelbfisza. I to by było na tyle, jeśli chodzi o rodzinę Samuela w Warszawie. A ta w USA?

Po rozwodzie z Blanche ożenił się po raz drugi. W 1925 r. stanął na ślubnym kobiercu z ur. w 1903 r. aktorką Frances Howard. Dla męża porzuciła własną karierę aktorską, stała się jego najbliższą współpracowniczką i powierniczką. To ona latami dbała o to, by produkcje były dopięte na ostatni guzik, podczas gdy Samuel podejmował kluczowe decyzje. Pomagała mu jako nieoficjalna asystentka ds. produkcji i konsultantka scenariuszowa, a kiedy w 1969 r. stan zdrowia Goldwyna gwałtownie się pogorszył – decyzją sądu została kuratorem jego majątku i studia (choć nie prowadziło ono produkcji), czyli w sumie robiła to, co zawsze. Nic dziwnego, że Goldwyn często mawiał: „Byłbym zgubiony bez Frances”.

W 1926 r. na świat przyszedł ich syn – Samuel Goldwyn Jr. – oczko w głowie i następca Goldwyna seniora. Co ciekawe, na prośbę Frances, która była katoliczką, także Samuel Jr. został ochrzczony i wychowany w tej wierze.

Przygotowywany do tej roli praktycznie od dziecka, poszedł w ślady ojca (nawet służąc w armii podczas II wojny światowej, nie siedział w okopach czy czołgach, tylko pracował m.in. dla CBS).

Samuel Goldwyn usiłował uchodzić za Amerykanina o nienagannych manierach, co mu się notorycznie nie udawało. Jednakże ludziom z jego talentem i pieniędzmi wiele się wybacza, więc nawet błędy językowe, które innych by ośmieszały, u Samuela zyskały miano „goldwynizmów” i przeszły do historii jako zabawne powiedzonka w rodzaju:

„Umowa ustna nie jest warta papieru, na którym została spisana”; „Włączcie mnie na zewnątrz”; „Pół prawdy to dwa kłamstwa” czy słynne „Kobiety będą chodzić do kina, by po pierwsze zobaczyć film i gwiazdy, a po drugie, by zobaczyć najnowszą modę” (i tu trudno nie przyznać mu racji).

Chociaż o Polsce i swej młodości nie mówił, zachował – widać – pamięć pokonania pieszo trasy Warszawa–Hamburg, bo latami chodził na długie spacery. A ponieważ po drodze mógł się zmęczyć, tuż za nim podążał kierowca w luksusowej limuzynie.

Kiedy wszystko szło po jego myśli, był uprzejmy i zadowolony, dbając o całą ekipę filmową – od aktorskich gwiazd po obsługę techniczną. Kiedy coś szło nie tak, jak sobie życzył, robił się złośliwy, opryskliwy i łatwo wpadał w gniew. Ten koił, namiętnie grając w pokera (co też kończyło się napadami gniewu). Na produkcji filmowej nie oszczędzał, w życiu – wręcz przeciwnie. Najwyraźniej nawet w luksusie Hollywood pamiętał norę na Nalewkach, w której spędził dzieciństwo, choć nigdy o niej nie wspominał. Zmarł 31 stycznia 1974 r. Został pochowany na Forest Lawn Memorial Park w Glendale. Dwa lata później podążyła za nim Frances.

I co dalej?

Po śmierci ojca stery Samuel Goldwyn Productions przejął w 1974 r. Samuel Goldwyn Jr. W 1979 r. założył studio The Samuel Goldwyn Company, kontynuujące tradycję produkcji i dystrybucji ambitnego (i trochę mniej ambitnego) kina niezależnego. To z tego studia wyszły choćby „Mystic Pizza” czy „Szaleństwo króla Jerzego”. Firma ta przechodziła przez różne ręce korporacyjne (w tym Orion Pictures), aż ostatecznie jej zasoby trafiły do… Metro-Goldwyn-Mayer. Taka ironia losu. Samuel Jr. nie poddał się i w 1999 r. założył kolejną wytwórnię. Samuel Goldwyn Films funkcjonuje do dziś i zajmuje się dystrybucją filmów niezależnych.

Samuel Jr. był trzykrotnie żonaty. Po raz pierwszy w 1950 r., kiedy poślubił Jennifer Howard, córkę znanego pisarza i scenarzysty Sidney’a Howarda. Z tego związku na świat przyszło czworo dzieci, w tym synowie: John (ur. 1958) – dyrektor studia filmowego założonego przez dziadka i aktor grający m.in. w serialu „Scandal”, oraz Tony (ur. 1960). Samuel Jr. i Jennifer rozwiedli się w 1968 roku, a następnie Goldwyn poślubił Peggy Elliott, z którą miał dwoje dzieci, w tym Liz Goldwyn (ur. 1976). Liz jest pisarką, reżyserką i fotografką. Także to małżeństwo zakończyło się rozwodem, po czym Samuel Jr. ożenił się po raz trzeci – Patricią Strawn. I w tym związku dotrwał do śmierci.

Samuel Goldwyn Jr. zmarł w 2015 r. Jego synowie, John Goldwyn i Tony Goldwyn, kontynuują rodzinną tradycję w Hollywood jako trzecie pokolenie Goldwynów. Legenda Samuela Goldwyna w Hollywood jest wciąż żywa – zadbał o to sam zainteresowany, i to będąc już „na emeryturze”.

Oscary

W 1972 roku Akademia Filmowa zakupiła teren przy 8949 Wilshire Boulevard w Beverly Hills, aby stworzyć swoją nową, nowoczesną siedzibę. Budowa trwała trzy lata i miała na celu scentralizowanie operacji Akademii, w tym biur, biblioteki oraz profesjonalnej sali kinowej. Chcieć to jedno, móc to drugie. Nieocenionej pomocy udzieliła Akademii Samuel Goldwyn Foundation, która praktycznie sfinansowała budowę teatru w zamian za „drobiazg” – nazwanie go imieniem fundatora. I tak 8 grudnia 1975 roku został otwarty Samuel Goldwyn Theater – najnowocześniejsza sala projekcyjna Hollywood, nazywana „najlepszym kinem na świecie” pod względem akustyki i jakości obrazu. I właśnie w niej odbywają się nie tylko najważniejsze premiery największych hollywoodzkich produkcji, ale i co roku są ogłaszane nominacje do Oscarów.

A wszystko zaczęło się, gdy w 1895 r. Szmul Gelbfisz zamknął za sobą drzwi nędznej nory na Nalewkach i ruszył na zachód w poszukiwaniu lepszego życia…

Źródła:

Cytaty za: Mateusz Wyderka, „50 lat temu zmarł Samuel Goldwyn – warszawiak, który podbił Hollywood” https://dzieje.pl/kultura-i-sztuka/50-lat-temu-zmarl-samuel-goldwyn-warszawiak-ktory-podbil-hollywood

Andrzej Krakowski, „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood” (Wydawnictwo Naukowe PWN. 2011)

Podobne wpisy