Od prochu do kodu. Nie zmarnować szansy, jakiej Polska nie miała od 1989 roku
Polskie wydatki na obronność robią wrażenie nawet w skali NATO. Blisko 5 proc. PKB to więcej niż planuje wydać jakiekolwiek państwo UE i Sojuszu. Tyle że same liczby nie wygrywają wojen ani nie budują odporności państwa.
Artur Józefiak
wiceprezes i szef Centrum Usług Cyberbezpieczeństwa dla Europy w Accenture
W ciągu najbliższej dekady wrzucimy w system ponad 1,5 bln zł, z czego przeszło 600 mld zł pójdzie na zakupy sprzętu. I tu zaczyna się problem. Bo pieniądze, nawet kosmiczne, same w sobie nie budują bezpieczeństwa. Budują je dopiero wtedy, gdy zostawiają po sobie coś więcej niż faktury.
Pytanie jest brutalnie proste i dlatego tak rzadko zadawane: czy kupujemy bezpieczeństwo, czy tylko sprzęt? Czy te miliardy zbudują w Polsce realny przemysł, technologie i kompetencje, czy po prostu wytransferujemy je za granicę, zostając z magazynem pełnym uzbrojenia i gospodarką, która niewiele z tego widziała?
Warszawa stoi dziś przed szansą, jaka nie zdarza się często. Przed nami znajduje się szeroko otwarte (i realne) okno możliwości, żeby przejść z roli montowni i klienta cudzych technologii do pozycji gracza, który sam je tworzy. Huba innowacji obronnych, a nie magazynu sprzętu. Problem w tym, że to okno nie będzie otwarte wiecznie.
I to nie jest publicystyczna teza. Dane z globalnego badania Accenture, obejmującego 80 dyrektorów firm obronnych z 19 krajów, są w tej sprawie jednoznaczne. Kto dziś nie inwestuje w cyfryzację przemysłu obronnego, za pięć lat nie będzie miał czego eksportować. W najgorszym scenariuszu nie będzie miał nawet czego serwisować.
Wydajemy miliardy, tylko na co?
Skala polskich wydatków obronnych robi wrażenie. Budżet na 2026 r. to ponad 200 mld zł, a dochodzą do tego jeszcze pożyczki z unijnego programu SAFE, z którego zamierzamy pozyskać ponad 180 mld zł. Łącznie to impuls popytowy, jakiego polski przemysł jeszcze nie widział.
Problem polega na tym, że mniej niż cztery złote z każdych dziesięciu wydanych na zakupy uzbrojenia trafia do krajowego przemysłu obronnego. Struktura eksportu jest równie niepokojąca, jak wynika z raportu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w 2023 r. 81 proc. polskiego eksportu uzbrojenia trafiło do jednego odbiorcy, czyli Ukrainy. Kolejnym obszarem wymagającym zmiany są inwestycje w badania i rozwój w obronności: Francja wydaje na obronny R&D ok. 1,6 mld euro, Niemcy ok. 1,4 mld euro, tymczasem Polska – poniżej 1 mld zł, czyli ok. 230 mln euro.
Pieniądze na obronność w Polsce muszą być przekierowywane na budowę nowoczesnego przemysłu obronnego, a to wymaga inwestycji badawczo-rozwojowych i traktowania potrzeb i wymagań zagranicznych nabywców jako kluczowych wytycznych.
Eksport jako cel strategiczny, nie bonus
Polska zbrojeniówka może być kołem zamachowym gospodarki, ale tylko jeśli przestanie myśleć wyłącznie w kategorii „produkcja na potrzeby własne”. Najnowszy raport Accenture Defense Disrupted (2025) wymienia Polskę obok Korei Południowej, Turcji, Indii i Brazylii jako „emerging defense champion”, plasując nas wśród krajów, których firmy obronne szybko rozszerzają globalną obecność. To nie przypadek, nasze Kraby, Pioruny i systemy FlyEye zdobyły uznanie na froncie ukraińskim. Jednocześnie w rankingu SIPRI Polska zajęła 13. miejsce wśród eksporterów uzbrojenia, a wartość faktycznie wyeksportowanego sprzętu wzrosła z 1,75 mld EUR w 2023 roku do 3,14 mld EUR w 2024 r. To pokazuje, że potencjał eksportowy istnieje, ale nie jest jeszcze w pełni wykorzystany.
Same liczby niewiele mówią, dopiero proporcje pokazują skalę. W Izraelu relacja budżetu obronnego do eksportu uzbrojenia wynosi 46,5 do 14,8 mld dol. We Francji – 65,3 do 25,1 mld dol. W Polsce? 38 do zaledwie 2,7 mld dol. Pomimo wzrostu eksportu, mamy ogromną asymetrię kwot między importem a eksportem. Jesteśmy przede wszystkim konsumentem uzbrojenia, a o wiele rzadziej eksporterem. Przykład Turcji pokazuje, że dzięki odpowiedniej polityce zbrojeniowej i gospodarczej można stać się eksporterem netto. Kraj Półksiężyca w ciągu dekady dokonał transformacji z importera netto do eksportera z rekordowym transferem za granicę na poziomie 7,15 mld dol. w 2024 r. Polska może podążyć tą samą ścieżką, ale nie stanie się to samoistnie.
Warunkiem koniecznym jest spełnianie międzynarodowych standardów przez rodzime firmy. Normy DoD USA, standardy AS9100 dla aerospace, certyfikacje CMMC w zakresie cyberbezpieczeństwa – to swoista „przepustka” do rozmów o kontraktach. Raport Accenture potwierdza to z perspektywy globalnej: trudności z uzyskaniem certyfikacji i poświadczeń bezpieczeństwa to jedna z trzech najważniejszych barier dla nowych graczy na rynku obronnym, wskazywana przez połowę badanych dyrektorów.
Co więcej, unijny program SAFE wprowadza wymóg, by maksymalnie 35 proc. kosztów komponentów w finansowanych projektach pochodziło spoza UE. To tworzy ogromny popyt na europejskich dostawców, ale tylko takich, którzy spełniają odpowiednie standardy. Część krajowych inwestycji obronnych powinna więc celowo iść na przygotowanie polskiego przemysłu do spełniania tych wymagań. Bez tego nigdy nie włączymy się w globalne łańcuchy dostaw, a SAFE będzie finansować zakupy u naszych europejskich konkurentów.
Kluczowa jest także zmiana podejścia: nie powinniśmy koncentrować się wyłącznie na sprzedaży gotowych produktów, ale sprawnie uplasować polską gospodarkę w globalne łańcuchy dostaw produktów obronnych. Badanie Accenture pokazuje, że 49 proc. dyrektorów branży obronnej wskazuje budowanie partnerstw jako strategię numer jeden na zdobycie rynku. Partnerstwa, czy to w formie joint ventures, konsorcjów czy koprodukcji, to model, który działa, co potwierdziły Safran z indyjskim BEL, Baykar z włoskim Leonardo czy Anduril z Microsoftem. Polska powinna aktywnie budować tego typu alianse, łącząc siłę PGZ czy WB Group z zagranicznymi partnerami technologicznymi.

Bez krzemu nie będzie stali – szansa, która wymaga polskiego IT
W najnowszym raporcie Accenture znajduje się sekcja, która brzmi jak synteza tego, co mówię od lat: „From Steel to Silicon: The New Arsenal of Defense” (Od stali do krzemu: nowy arsenał obronny). Pole walki staje się cyfrowe, a źródłem przewagi konkurencyjnej nie jest już stal, czyli tradycyjna produkcja ciężkiego sprzętu, lecz krzem: AI, oprogramowanie, systemy autonomiczne, cyberbezpieczeństwo, które decydują o tym, czy produkt jest „inteligentny”, co daje mu przewagę na polu walki i wśród konkurencji. Ponad 54 proc. dyrektorów branży obronnej w badaniu Accenture wskazuje sztuczną inteligencję jako technologię numer jeden zmieniającą wymagania wojskowe.
Projektując nową fabrykę amunicji czy uzbrojenia, trzeba od razu myśleć o warstwie cyfrowej: cyberbezpieczeństwie procesu produkcji, cyfrowych bliźniakach linii produkcyjnej, optymalizacji opartej na danych i zarządzaniu danymi w całym łańcuchu dostaw. Raport Accenture Military Readiness Through Supply Chain Resilience stwierdza wprost, że digital twin w obronności nie jest już „futurystycznym projektem pobocznym – to imperatyw”. Aż 80 proc. kadry zarządzającej w sektorze A&D obawia się, że brak transformacji cyfrowej doprowadzi do eskalacji kosztów i utraty udziałów rynkowych.
I tu pojawia się paradoks polskiego IT. Mamy jedną z najsilniejszych branż technologicznych w Europie, ale prawie w całości pracującą na potrzeby cywilne. Polska eksportuje usługi IT o wartości 80 mld zł rocznie (Polski Instytut Ekonomiczny, 2024 r.), to więcej niż Japonia czy Korea Południowa, co czyni ten sektor jednym z największych motorów eksportu. Jednak adresatem tych usług są globalne firmy działające w obszarze cywilnym, a nie sektor obronny. Wojsko kupuje technologię, ale wbudowaną w zagraniczny czołg, wyrzutnię czy system dowodzenia. Z tego powodu polskie firmy IT mogą rosnąć w obronności tylko włączając się jako podwykonawcy zagranicznych firm sektora obronnego, nie mając szansy budowania własnych rozwiązań w ramach zamówień polskiej zbrojeniówki czy bezpośrednio na potrzeby polskiej armii.
Brakuje inwestycji ukierunkowanych na budowanie polskich firm technologicznych pracujących na potrzeby militarne. Nie mamy też joint ventures łączących potencjał polskiego sektora IT i cyberbezpieczeństwa z potrzebami polskich firm zbrojeniowych. Podobnie jest z partnerstwem publiczno-prywatnym na wzór tych, które tworzy Izrael, który jest stosunkowo niewielkim krajem, a mimo to systematycznie buduje cyfrową przewagę obronną przez sojusz państwa, armii i startupów.
Marketplace z uzbrojeniem
Żeby zmaterializować ten potencjał, potrzeba bliskiej współpracy wojska i biznesu, a dowodem na to, że to działa, jest Ukraina. Mimo ograniczonych zasobów nasi sąsiedzi zbudowali ekosystem kilkuset startupów obronnych, a ukraińska platforma Brave1 pozyskała setki milionów dolarów inwestycji sektora technologii obronnych. System DOT-Chain Defence, czyli cyfrowy marketplace zamówień obronnych, wzorowany na logice Amazona, pozwolił skrócić czas dostaw zaopatrzenia aż czterokrotnie. Co istotne, platforma przeszła certyfikację zgodną z amerykańskim standardem NIST i udowadnia, że nawet w warunkach wojennych można budować rozwiązania spełniające najwyższe globalne normy.
Nie idealizuję modelu ukraińskiego, ma on swoje ograniczenia, zwłaszcza w zakresie skalowania i planowania strategicznego, na co zwracają uwagę sami analitycy. Natomiast mechanizm, czyli szybka i dwukierunkowa komunikacja między „frontem a fabryką”, zmniejszanie barier między wojskiem a technologią, traktowanie IT jako broni, a nie kosztu, to podejście, z którego Polska powinna czerpać.
Model amerykański pokazuje to samo z innej perspektywy. US Department of Defense uruchomił jednostkę innowacji obronnych (Defense Innovation Unit) i programy typu Mentor-Protégé, łączące duże firmy obronne z innowacyjnymi mniejszymi podmiotami. W 2024 r. DIU wybrało cztery podmioty (w tym startupy Anduril i Zone 5 Technologies) do zaprojektowania i przetestowania niskokosztowych pocisków manewrujących w ciągu miesięcy, zamiast lat. W Polsce bariery organizacyjne i kulturowe takiemu modelowi nie sprzyjają. Wojsko i biznes mówią różnymi językami, procedury pozyskania poświadczeń bezpieczeństwa trwają zbyt długo, a IT jest traktowane jako „dodatkowy koszt” przy produkcji, nie jako źródło strategicznej przewagi.
Brakuje strategii, a zegar tyka
Polska stoi przed epokową szansą zbudowania kolejnego koła zamachowego gospodarki, obok sektora IT i motoryzacyjnego. Mamy rekordowe budżety obronne, rosnący popyt europejski wzmocniony programem SAFE, wojnę w Ukrainie wymuszającą pilność i innowacyjność, a także silną bazę inżynieryjną i IT. Wszystkie elementy układanki są już na stole.
Brakuje jednak ręki, która je ułoży. Brakuje strategii przemysłu obronnego, która pokaże, jak ten sektor ma wyglądać za 5–10 lat. Nie tylko na wypadek wojny, ale co równie ważne na czas pokoju. Strategii, która odpowie na pytania: jakie nisze technologiczne chcemy zajmować? Jak przygotować przemysł do eksportu? Jak włączyć wymagania zagraniczne do polskich standardów, by firmy były gotowe konkurować globalnie? Jak sprawić, by przemysł obronny stanowił silnik wzrostu, a nie wyłącznie jednorazowy impuls zakupowy?
Potrzeba też świadomego budowania cyfrowego przemysłu obronnego. To oznacza przełamanie bariery kulturowej między wojskiem a biznesem, budowę klastrów i inkubatorów, sensowne zarządzanie kadrami oraz wykorzystanie ludzi z doświadczeniem wojskowym jako realnych łączników między tymi światami. Do tego dochodzą twarde inwestycje w polskie firmy IT pracujące dla obronności, a nie tylko podwykonawstwo dla zagranicy.
To problem globalny, ale nad Wisłą mamy kartę, której wielu nie ma. Jedną z najmocniejszych baz talentów IT w Europie. Tyle że dziś ten kapitał w ogromnej części pracuje na rzecz zagranicznych firm, a nie polskiego systemu bezpieczeństwa. Potrzebna jest strategia, która nie tylko przygotuje nas na konflikt, ale pozwoli zarabiać także w czasie pokoju. Bez niej rekordowe miliardy na obronność skończą jako jednorazowy zastrzyk gotówki, a nie długofalowa inwestycja.
A okno możliwości nie będzie otwarte w nieskonczoność.