|

Historia Zwariowanego Edzia

Za żelazną kurtyną krzykliwych reklam i „obłędnych” cen odbywał się równie, a może nawet bardziej, „obłędny” geszeft. Finansowa hochsztaplerka po prostu.

dr Robert kościelny
dziennikarz, autor książek

Trzeba przyznać temu facetowi, że dokonał czegoś fenomenalnego – powiedział Art Levis, redaktor naczelny magazynu „Consumer Electronics”, branżowego czasopisma dla sprzedawców detalicznych. – Stworzył wizerunek firmy oferującej najniższe ceny w mieście, choć często wcale takie nie były. I rozwinął się w czasie, gdy cały nowojorski rynek przeżywa rozkwit, ponieważ właśnie wtedy na rynek wchodzi mnóstwo sieci – dodał. Te słowa pochwały, wyrażone pod koniec 1985 r., dotyczyły osoby pana Eddiego Antara, właściciela sieci sklepów z elektroniką o „obłędnej” nazwie Crazy Eddie. Sieć miała też „obłędne ceny”. Tak przynajmniej głosiła reklama. Oczywiście również „obłędna”.

Reklamy tak zwariowane jak Edzio i Jerry

Każdy, kto żył w tamtych czasach w Ameryce, pamięta doskonale reklamę sklepów Crazy Eddie i wie, że ceny tego giganta handlu urządzeniami elektronicznymi były „obłędne!” (insane). W szczytowym okresie sieć miała 43 sklepy w czterech stanach. Eddie Antar zaczął działalność w 1969 r., otwierając sklep w Brooklynie w stanie Nowy Jork. Interes zaczął się kręcić, a nowopowstające sklepy Edzia (nazwijmy go tak poufale, aby odróżnić go od Crazy Eddie – sieci sklepów i Crazy Eddiego – postaci z reklamy, i Eddiego – wujka) zaczęły tworzyć sieć, gdy na rynku pojawiły się magnetowidy. W 1984 r. sieć weszła na giełdę.

Przez ponad 13 lat Jerry Carroll był gwiazdą tysięcy reklam radiowych i telewizyjnych Crazy Eddie. Szybki i krzykliwy styl Carrolla sprawiał, że te reklamy szybko zapadały w pamięć. Zawsze kończyły się tak samo – ceny w Crazy Eddie były określane jako „o-błę-dne!”.

„Pan Carroll, osobowość radiowa, został zatrudniony jako twarz i głos propagujące zakupy w Crazy Eddie w 1972 r. i rychło stał się rozpoznawalny w Nowym Jorku tak bardzo, że musiał zrezygnować z noszenia swojego charakterystycznego stroju (golf i marynarka)” – pisała wiele lat później jedna z gazet.

Sam E. Antar, kuzyn Szalonego Edzia, który zaczął pracę
w firmie Crazy Eddie jako magazynier w 1971 r., by ostatecznie awansować na stanowisko dyrektora finansowego, wspominał: „Początkowo mieliśmy problem z podjęciem decyzji, w jakim kierunku poprowadzić reklamę telewizyjną. Wiedzieliśmy, że musi być skandaliczna, satyryczna i ironiczna, ale nie mogliśmy się zdecydować, czy postawić na reklamę z udziałem samego reklamodawcy, czy na kreatywną satyrę. Postanowiliśmy więc zrobić jedno i drugie. Ostatecznie odkryliśmy, że choć kreatywne, satyryczne spoty były zabawne i zdobywały nagrody, to te, które dawały się we znaki, z wrzeszczącym Jerrym Carrolem, były tymi, które „dzwoniły pieniędzmi w kasie”.

Reklamy złoszczą i przyciągają tłumy

Publicysta „The New Yorker” pisał po latach: „Uwielbiałem telewizyjne reklamy sieci sklepów z elektroniką Crazy Eddie. Które dziecko by nie lubiło? Sprzedawca wciskał tyle słów, ile tylko się dało, w wyznaczone trzydzieści sekund, machając rękami i krzycząc o niesamowitych okazjach na magnetowidy, telewizory i wentylatory elektryczne. Często stawał przed stosami elektroniki, które wyglądały jak zestaw urządzeń ze złomowiska. Albo przebierał się za Świętego Mikołaja (na wyprzedaży: „Boże Narodzenie w sierpniu”), obrzucany sztucznym śniegiem. Ale była jedna stała: końcowy slogan: „Jego ceny są ins-aa-ane!” [obłędne], z ostatnim słowem rozciągniętym na kilka sylab”.

Podczas gdy telewizyjna wersja sieci sklepów „Zwariowany Edzio” była wręcz ekshibicjonistyczna, sam Eddie Antar był enigmatyczną postacią. Nigdy nie udzielał wywiadów,
a nawet w różnych momentach swojej kariery biznesowej potrafił całkowicie usunąć się
z życia publicznego. Podczas gdy słowa prezentera z reklamy, wypadające z szybkością strzałów z karabinu maszynowego, sugerowały, że klienci próbują Eddiego oszukać – przy tak niskich cenach właściciel sieci sklepów Crazy Eddie musiałby być rzeczywiście szalony – tak naprawdę to on oszukiwał, zawyżając sprzedaż i liczbę zapasów, zgarniając pieniądze z góry i kantując inwestorów. Ale o tym później.

To właśnie te zapadające w pamięć reklamy, a nie szalone ceny, „przyciągnęły klientów do sklepu i pomogły sieci stać się potęgą na rynku detalicznym na północnym wschodzie” – pisze Gary Weiss
w książce „Retail Gangster: The Insane, Real-Life Story of Crazy Eddie” (Gangster w handlu detalicznym: szalona, prawdziwa historia Zwariowanego Eddiego). Z kolei według publicysty z „New York Post” atrakcyjność reklam wynikała z ich szorstkości. Klient dawał upust emocjom w ankietach, narzekając, że reklamy są tak okropne, że „nigdy nie pójdę do waszych sklepów”. Jednak Antar uznał to za dowód skuteczności swojego marketingu – 
w końcu ankiety były dostępne tylko w sklepie. „Ludzie mogą się nimi irytować, ale zapamiętują” – mówi Larry Weiss (niespokrewniony z autorem wspomnianej wyżej książki), dyrektor ds. reklamy w Crazy Eddie przez prawie dekadę. Weiss napisał i wyprodukował ponad 3500 spotów telewizyjnych i radiowych sieci sklepów z elektroniką Crazy Eddie.

Przekaz mocny jak heroina

Crazy Eddie z reklamy, czyli Carroll, którego zaczęto utożsamiać z Szalonym Edziem, rzadko reklamował konkretne ceny, zamiast tego informując klientów, że po prostu nie da się ich zaniżyć. Choć niektórzy kwestionowali tę strategię, musieli przyznać, że „w przyszłym roku Crazy Eddie prawdopodobnie potroi szacowaną na 100 milionów dolarów roczną sprzedaż” – pisał „The New York Times” w 1985 r.

Ale nawet jeśli reklamy są irytujące, są też skuteczne, twierdził pan Carroll, który zaprzyjaźnił się z szefem propagowanej sieci sklepów. „Nie ma wątpliwości, że ja – albo ten Szalony Eddie – jesteśmy w Nowym Jorku w stu procentach rozpoznawalni” – powiedział Carroll. Na pytanie dziennikarza, jak motywuje się do występów, odpowiada: „Żadnych narkotyków. Mam w plecach przycisk. To czysta energia. Mógłbym to zrobić
w 10 sekund”. To ponownie informacja z archiwalnego „The New York Times”.

Autor „Retail Gangster” przypomina o jeszcze jednym ważnym zjawisku związanym
z siecią sklepów: „Crazy Eddie nie tylko przyciągał klientów; stał się fenomenem kulturowym”. Reklamy były parodiowane w programie „Saturday Night Live”, pojawiały się w filmach takich jak „Splash” i stały się „tak samo ważnym symbolem miasta, jak Most Brookliński i World Trade Center” – pisze Gary Weiss. Przeprowadzone w 1985 r. badanie wykazało, że postać Carrolla była lepiej znana nowojorczykom niż żądny rozgłosu burmistrz Ed Koch. Rok później sklepy miały 99 proc. rozpoznawalności, więcej niż Ronald Reagan. Popularna marka heroiny nazywała się Crazy Eddie. Mocna rzecz, nieprawdaż?

Kiedy Antar zaczął otwierać nowe sklepy pod koniec lat 70. – najpierw w New Jersey i Westchester, wkrótce potem na Long Island i przy East 57th Street na Manhattanie – tłumy przychodziły jak na wielkie wydarzenie. Dwadzieścia tysięcy osób ustawiło się w kolejce do otwarcia sklepu w East Brunswick
w listopadzie 1978 r., by otrzymać darmowe koszulki i frisbee oraz spotkać się osobiście z Jerrym Carrollem. „Te otwarcia sklepów były niezwykłe” – wspominał Harry Spero, który dołączył do zespołu reklamowego pod koniec 1979 r. „Reklamowaliśmy je na potęgę, a kolejki ustawiały się wzdłuż ulicy, żeby dostać darmową koszulkę”.

Co słychać w sklepie „Szalonego Edzia”?

Wczujmy się w atmosferę zakupów u Szalonego Edzia. Przybliży ją archiwalne wydanie „The New York Times”
z połowy lat 80. XX w., czasu świetności tego swoistego imperium sprzedaży elektroniki. „Jest pora lunchu, za kilka dni święta Bożego Narodzenia,
a u „Crazy Eddiego” panuje istne szaleństwo. Klienci tłoczą się przed długą ladą w nowym lokalu „Crazy Eddiego” przy West

45th Street, jednym z ośmiu otwartych w tym roku w Nowym Jorku. Przechadzając się między stosami magnetowidów, odtwarzaczy płyt kompaktowych i komputerów Commodore, pani Darlene Danielsen podchodzi do przodu
i prosi o pokazanie przenośnego odtwarzacza Sony przecenionego na 198 dolarów. Następnie cicho rozkłada reklamę Grand Central Camera, pokazującą starszy model o 20 dolarów tańszy. Magicznie cena Crazy Eddiego spada do 177 dolarów. „Podoba mi się w tym miejscu to, że się nie kłócą – po prostu czytają drobny druk w reklamie i obniżają cenę” – powiedziała pani Danielsen chwilę później, stojąc w krętej kolejce do kasy, podczas gdy mniej zorientowany klient kilka kroków dalej kupuje ten sam produkt za 198 dolarów. „Chociaż nie podoba mi się – dodaje pani Danielsen – „ten facet, który krzyczy na ciebie w telewizji””.

Poza tym krzyczącym, wymachującym rękami „facetem”
i chaosem panującym w przepełnionych sklepach niewiele
w Crazy Eddiem Inc. sugeruje szaleństwo. Zaledwie 16 lat po tym, jak Eddie Antar otworzył sklep ze sprzętem stereo przy King’s Highway na Brooklynie, „Crazy Eddie” wyniósł się na czołowe miejsce na najgorętszym rynku elektroniki użytkowej w kraju – informuje czytelników „The New York Times”.

Maestria wciskania towaru

Wielu twierdziło, że Eddie Antar uczynił ze sprzedaży elektroniki użytkowej prawdziwą naukę, opierającą się na ogromnej sprzedaży, która pozwala generować zyski przy minimalnych marżach.
W 1985 r. połączenie agresywnej sprzedaży i zaawansowanych technologii przyniesie Crazy Eddie’s ponad 11 mln dol. przy szacowanej sprzedaży na poziomie 260 mln dol. – prawie 50-procentowy wzrost w obu przypadkach w porównaniu z poprzednim rokiem. Przekładało się to na 2500 dol. przychodu z każdego metra kwadratowego powierzchni sprzedażowej w branży,
w której średnia wynosiła poniżej 1000 dol.!

Producenci, którzy jeszcze kilka lat wcześniej zbywali pana Antara, nazywając go właścicielem drobnego, irytującego dyskontu, teraz nazywali go „cudem handlu detalicznego”
i błagali o miejsce na jego półkach. Niektórzy przyznają się nawet do płacenia Szalonemu Eddiemu ogromnych sum za wystawianie swoich produktów w witrynach sklepowych – informowała prasa. I dodawała: „Jeśli chcesz być widoczny, musisz być w „Crazy Eddiem””.

Nigdzie sposób sprzedaży Szalonego Edzia nie został wystawiony na tak surową próbę, jak w nowym sklepie przy 45th Street na Brooklynie, znajdującym się trzy lokale dalej od sklepu Lafayette Electronics, należącego do Circuit City, oraz położonym tuż „pod nosem” nowych konkurentów, takich jak The Wiz.

Klienci wielu z tych punktów sprzedaży byli przyzwyczajeni do biernego czekania, tolerując powolną obsługę w zamian za duże zniżki. Natomiast personel Crazy Eddie potrafił przyciągnąć uwagę wielu klientów w ciągu kilku minut od wejścia do sklepu. Sprzedawcy najpierw zachwalali produkt – często kierując potencjalnych nabywców w stronę najnowszego hitu pana Antara, a odwracając od produktów o niższej marży, takich jak Sony. Nabywcy, ściskając w dłoni paragon, czekali później w jednej z wolno poruszających się kolejek, aby zapłacić, a w drugiej, aby odebrać towar.

Najczęściej na paragonie znajdowała się „przedłużona gwarancja”. Te przedłużone gwarancje nierzadko przynosiły sklepowi od 40 do 150 dolarów dodatkowego dochodu,
w efekcie czego stanowiły zabezpieczenie od kosztów napraw, które mogły sięgać od 35 do 50 dolarów – pisał „The New York Times” w grudniu 1985 r.

Kto tu rządzi?

Część słynnych reklam sieci sklepów Edzia Antara była realizowana przez odrębną
firmę, prowadzoną przez szwagra pana Edzia, Bena Kusnera, który sprzedawał płyty i kasety w jego sklepach. Ben Kusner, właściciel firmy rekrutacyjnej, nie był jedynym krewnym pracującym w tej branży. Wiceprezesem wykonawczym był Sam M. Antar, ojciec Edzia, który był właścicielem połowy sieci dyskontów obuwniczych w Arizonie. Sieć ogłosiła upadłość
w 1983 r. Skarbnikiem był Eddy Antar, wujek Edzia, a wiceprezesem ds. zakupów Mitchell Antar, brat Edzia. Sekretarzem
i głównym radcą prawnym został Solomon E. Antar, kuzyn Sama, ojca Edzia. No i oczywiście Sam E. Antar, dyrektor finansowy sieci Crazy Eddie, kuzyn Edzia.

Nikt jednak nie kwestionował faktu, że to Edzio, i tylko on, podejmował decyzje. Przychodząc do pracy w dresie, nadzorował praktycznie każdy szczegół w biurze i magazynie firmy w Brooklynie – wymykając się okresowo, by poćwiczyć w prywatnej siłowni. Kierowca limuzyny zabierał go na wieczorne wizyty w sklepach.

Edzio Antar był opisywany jako człowiek niezwykle skryty, często czujący się nieswojo
w kontaktach z inwestorami, analitykami i innymi osobami śledzącymi działalność firmy, która weszła na giełdę. „Jest bardzo inteligentny, bardzo agresywny, ale ma też swoje obawy” – powiedział Edward Weller, dość dobrze znający Antara. „Ma silne poczucie, że po prostu miał szczęście i nie jest pewien, czy to wszystko jest prawdziwe”.

Analitycy twierdzili, że od czasu wejścia sieci sklepów Crazy Eddie na giełdę w 1984 r. zaostrzono w firmie nieformalną kontrolę finansową i usunięto z listy płac niektórych wysoko opłacanych krewnych pana Antara, w tym jego matkę i byłą żonę, których rola w korporacji nie jest do końca jasna – informował „The New York Post”.

Oszustwa

Za zasłoną, co tam zasłoną, za żelazną kurtyną krzykliwych reklam i „obłędnych” cen odbywał się równie, a może nawet bardziej, „obłędny” geszeft. Finansowa hochsztaplerka po prostu. „The Hustle” pisał
o tych przekrętach po latach
w tekście „Popularna sieć sklepów z elektroniką, która oszukała Amerykę”, piórem Marka Denta. Dziennikarz w swojej pracy w dużym stopniu opierał się na wspomnieniach Sama E. Antara zamieszczonych na blogu.

Każdej nocy, począwszy od 22:30, kierownicy sklepu Crazy Eddie przychodzili do domu wujka Edzia Antara (jak pamiętamy, również o imieniu Eddy) na Brooklynie z torbami pełnymi gotówki, czeków i paragonów. Wujek Antara wykorzystywał gotówkę na pokrycie wydatków, a resztę chował do teczki. Kiedy teczka była zbyt pełna, chował gotówkę pod kaloryferem. Gdy pod kaloryferem zabrakło miejsca, zaczął przynosić pieniądze do domu ojca Edzia, gdzie ukrył nawet 3,5 mln dol. – około 11 mln w przeliczeniu na wartość w 2022 r. – w podwieszanym suficie.

Edzio uważnie śledził sytuację, zazwyczaj dzwoniąc do wujka dwa razy dziennie, żeby sprawdzić, ile pieniędzy wyłudzają. Członek rodziny zeznał później, że Edzio Antar otrzymał 2/3 wyłudzonej gotówki, a Sam M. Antar, jego ojciec, pozostałą jedną trzecią.

Strategia skimmingu pozwoliła Antarowi nie tylko gromadzić gotówkę, ale także unikać płacenia podatków od sprzedaży. Jego pracownicy otrzymywali również pensje z ksiąg rachunkowych, dzięki czemu Zwariowany Edzio mógł uniknąć płacenia podatków od wynagrodzeń. „W „Crazy Eddiem” panowała maniera mówiąca, że nic nie powinno trafiać do rządu” – napisał na blogu Sam E. Antar.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. To stare powiedzenie okazało się prawdziwe również w przypadku Zwariowanego Edzia, który, w celu zarabiania już nie milionów, ale dziesiątków milionów dolarów, postanowił zadebiutować na giełdzie. Aby stworzyć iluzję szybko rosnących zysków przed debiutem giełdowym, Antarowie po prostu zmniejszyli ilość gotówki, którą kradli. Teraz miliony dolarów zamiast do podwieszonego sufitu zaczęły trafiać na konto firmy. Dzięki temu zyski wyglądały bardziej imponująco. Firma podniosła swoje zapasy o miliony dolarów, aby sprawiać wrażenie lepiej zaopatrzonej i lepiej przygotowanej do generowania zysków.

Rodzina Antarów już wcześniej prała zagarnięte ze sprzedaży pieniądze, wpłacając je na zagraniczne konta

bankowe, by później zwracać je firmie, zawyżając w ten sposób przychody. Poza rodziną nikt nie miał pojęcia, że dzieje się coś podejrzanego, a już na pewno nie audytorzy Crazy Eddie.

Aby ukryć oszustwo, pracownicy przerzucali nadmiar towaru między sklepami lub pożyczali go od zaprzyjaźnionej konkurencji, aby zapasy wydawały się większe. Sam E. Antar twierdzi, że dla dodatkowej ochrony odwracał uwagę audytorów, którymi byli głównie samotni mężczyźni, umawiając ich na kolacje z najatrakcyjniejszymi pracownicami Crazy Eddie.

W latach 1984–1987 sieć sklepów z elektroniką Crazy Eddie rozrosła się do 43 sklepów,
a cena akcji osiągnęła 79 dol. Antar i inni członkowie rodziny sprzedali większość swoich akcji po zawyżonych cenach, zarabiając rzekomo około 90 mln dol. i wprowadzając inwestorów w błąd. „Arogancko dopuszczaliśmy się przestępstw tylko dlatego, że mogliśmy,
i nie mieliśmy żadnej empatii dla naszych ofiar” – napisał później Sam E. Antar.

Grunt to rodzinka, czyli początek końca

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. To również stare powiedzenie i również pasujące do historii Zwariowanego Edzia. „Pomimo wzbogacenia się dzięki akcjom i wyższym od rynkowych pensjom napięcia
w rodzinie utrzymywały się przez lata, a ojciec Edzia Antara i jego dwaj bracia zazdrościli mu pozycji patriarchy rodziny” – pisał Mark Dent. Jaki był konkretny skutek tej narastającej zazdrości, co tam zazdrości – pazerności po prostu? Zacytujmy Denta: „Przełom nastąpił w sylwestra 1983 r., kilka miesięcy przed debiutem giełdowym. Ojciec [Edzia] Antara poinformował córkę i żonę Antara, że [Edzio] Antar wybiera się na randkę z kochanką na Manhattanie. Przyłapali go na gorącym uczynku i omal nie doszło do bójki ulicznej. Ojciec [Edzia] Antara później opisał to wydarzenie jako „masakrę sylwestrową””.

Swoją drogą, żeby tak zagrać z synem i bratankiem? I to jeszcze w sytuacji, gdy ten był kurą znoszącą zielone jajka, które można było później zamienić na jajka złote? Osobiście siedziałbym jak mysz pod miotłą, licząc spadające z nieba zielone banknoty, ale niestety w mojej rodzinie nie ma takiego Edzia, choć kilka szalonych osób może by się znalazło. No, ale nie
o mnie jest ta opowieść i nie
o moich marzeniach, nielegalnych w treści, co też muszę przyznać szczerze. Wróćmy zatem do poważnych ludzi, czyli do Zwariowanego Edzia i jego familii.

„Masakra sylwestrowa” mocno zważyła rodzinną atmosferę
i tak napiętą, jak wiemy. Trudno się temu dziwić. Podobnie jak nie może być zaskoczeniem, że to mocno już zważone mleko zaczęło się kawalić. Konflikt osiągnął punkt kulminacyjny, gdy
w 1987 r. Edzio zaczął znosić coraz mniej zielonych jaj, że pociągnę jeszcze tą drobiarską stylistyką. Czy dlatego, że opuściła go hucpiarska wena? Nic podobnego! Po prostu, choć dla Edzia nie tak znowu „po prostu”, dała
o sobie znać kapryśność rynku; branża elektroniczna stała się bardziej konkurencyjna i firma miała problemy z zarządzaniem wieloma nowymi sklepami. Akcje spadły gwałtownie, poniżej wartości z oferty publicznej.
W listopadzie 1987 r. wrogo nastawiona grupa inwestycyjna pod przewodnictwem przedsiębiorcy z Houston, Eliasa Zinna, wkroczyła do akcji i wykupiła Crazy Eddie.

Edzio dobry kupiec, więc pomyślał sobie, że sprzedaż da mu przynajmniej okazję do zrzucenia winy za oszustwa na nowych właścicieli. Ale Zinn to jeszcze lepszy kupiec i natychmiast zorientował się, że zniknęło 45 mln dol. z wystawionego na sprzedaż asortymentu. Sklepy wkrótce zostały zamknięte, a firma zbankrutowała w 1989 r.

„Co gorsza dla [Edzia] Antara, dwóch niezadowolonych byłych pracowników połączyło siły
z ojcem Antara, aby złożyć skargę o oszustwo do Komisji Papierów Wartościowych
i Giełd (SEC). FBI również zaczęło węszyć” – pisał „The Hustle”. Co na to Edzio? W lutym 1990 r. uciekł z kraju.

Ścigany i dościgany

Zwariowany Edzio przez kolejne dwa lata, posługując się fałszywymi brazylijskimi i izraelskimi paszportami, podróżował po całym świecie: od Tel Awiwu, Zurychu, Sao Paulo po Kajmany. Jednak połączone siły amerykańsko-izraelskie nie takich jak Edzio hochsztaplerów usidlą. 24 czerwca 1992 r. samochody izraelskiej policji, nagle, a dla Edzia zupełnie niespodziewanie, zaparkowały przed luksusowym domem na przedmieściach Tel Awiwu. Władze,
w tym funkcjonariusze amerykańskiej policji i Interpolu, nabrały podejrzeń po wykryciu przelewu pieniężnego między dwoma nazwiskami, które prawdopodobnie były pseudonimami Antara. Policja aresztowała Antara i przeszukała jego dom, znajdując 60 tys. dolarów w gotówce, paszporty, akty urodzenia i dokumenty dotyczące założenia korporacji.

Rok później Antar stanął przed sądem federalnym za wyłudzanie od inwestorów setek milionów dolarów w wyniku sprzedaży akcji i obligacji. „Prokuratura Okręgowa USA w New Jersey, na czele której stał Michael Chertoff, przyszły członek gabinetu George’a W. Busha, ujawniła szczegóły, które wyglądały, jakby wyjęte z filmu Scorsese. Eddiemu zarzucano, że posiadał przybrane nazwiska, takie jak David Boris Levy i Harry P. Shalom. Utworzył liberyjskie spółki-wydmuszki. Przywiązał sobie do piersi 100 tys. dol. przed wejściem na pokład samolotu. Prasa porównywała Antarów do „Rodziny Addamsów” i rodziny Ewingów z serialu telewizyjnego Dallas”.

Mimo to sprawa nie była wcale taka prosta – stwierdził
w swym artykule Mark Dent. Nie było praktycznie żadnego śladu na papierze, a oszustwo inwentaryzacyjne nie jest najłatwiejszą do zrozumienia koncepcją, jak też łatwym do wykrycia i udowodnienia przestępstwem. Antar mógłby uniknąć skazania, gdyby nie wzgardził tym, czego oczekiwał od swoich pracowników: lojalnością.

Przed ucieczką z USA Antar porzucił Sama E. Antara, który zmagał się z ogromną presją ze strony władz federalnych, ponieważ był odpowiedzialny za znaczną część oszustw finansowych Szalonego Edzia. Sam E. Antar przyznał się ostatecznie do popełnienia dwóch zarzucanych mu przestępstw i stał się głównym świadkiem oskarżenia w procesie ciągnącym się tygodniami. Podczas ogłaszania wyroku Prokuratura Stanów Zjednoczonych wnioskowała o – i otrzymała – maksymalny dopuszczalny wyrok 12,5 roku więzienia. Antar został zobowiązany do zwrotu inwestorom 121 mln dol. Według prasy oszustwo Eddiego Antara nie wymagało żadnej szczególnej znajomości prawa. Każdy mógł to zrobić. „To było absolutnie bezczelne” – powiedział Paul Weissman, który również oskarżał Antara w Prokuraturze Okręgowej USA w New Jersey, w wywiadzie dla The Hustle. „To było tak proste, jak to tylko możliwe”. Antar został zwolniony z więzienia w 1999 r. Po wyjściu na wolność przeprosił Larry’ego Weissa, swojego byłego dyrektora ds. marketingu, i ponownie nawiązał
z nim kontakt. Razem uruchomili CrazyEddie.com. W zupełnie innym świecie elektroniki użytkowej Antar nie miał szans na powrót. Przedsięwzięcie upadło. „Wszyscy znają Szalonego Eddiego. Co mogę wam powiedzieć?” – stwierdził w wywiadzie dla „The Record” w 2012 r. „Zmieniłem biznes. Zmieniłem cały biznes”.

We wrześniu 2016 r. prasa poinformowała o śmierci sześćdziesięcioośmioletniego Eddiego Antara. Jej przyczyna nie została ujawniona. Gary Weiss w swojej książce pisał, że nawet jego rodzina nie wiedziała na pewno, co było przyczyną zgonu. „Marskość wątroby z jednej strony, rak wątroby z drugiej” – pisał dość enigmatycznie Weiss, dodając równie niejasno: „Picie go dopadło,
a może nie”.

Podobne wpisy

  • Rynek świadczeń pozapłacowych

    Rynek świadczeń pozapłacowych w Polsce dynamicznie się rozwija, odpowiadając na rosnące oczekiwania pracowników i wyzwania stojące przed pracodawcami. Coraz częściej benefity stają się nie tylko dodatkiem do wynagrodzenia, ale istotnym elementem strategii budowania zaangażowania, lojalności i dobrostanu zespołów. W raporcie „Rynek świadczeń pozapłacowych” prezentujemy najważniejsze trendy, dane i analizy, które pozwalają lepiej rozumieć rolę benefitów…

  • |

    Rzeźba lubi dotyk

    Z Piotrem Michnikowskim, artystą rzeźbiarzem, twórcą, który sięga po różne formy artystycznego wyrazu, rozmawia Katarzyna Mazur. Dlaczego właśnie rzeźba stała się Pana pierwszym wyborem, jeśli chodzi o wyraz artystyczny? Marzyłem o tym od dziecka. Stwierdziłem, że będę rzeźbiarzem, kiedy miałem 6 lat. Pamiętam, jak z zachwytem oglądałem zdjęcia ołtarza Wita Stwosza w albumie, który miała moja babcia. Zawsze, kiedy u niej…

  • |

    Sektor finansowy w dobie automatyzacji – konieczne zaangażowanie pracowników

    Aż 79 proc. firm z sektora finansowego w Polsce korzysta z narzędzi automatyzacji1. Nie jest to zaskakujące, gdy weźmiemy pod uwagę, z jakimi wyzwaniami mierzą się obecnie instytucje finansowe. Konieczne jest redukowanie kosztów, a z drugiej strony stymulowanie wzrostu biznesu i utrzymanie stabilności w niepewnej sytuacji gospodarczej i rynkowej. Armin M. Warda FSI EMEA chief technologist, Red Hat   Zespoły IT muszą utrzymywać i zarządzać systemami, które…

  • Panorama INWESTYCJE

    Budżetowe zaciskanie pasa w USA – europejskie firmy liczą zyski – W ostatnich miesiącach drastyczne ograniczenie wydatków budżetowych w USA mocno uderzyło w spółki zależne od rządowych kontraktów – szczególnie w branżach obronności, konsultingu i ochrony zdrowia. Tymczasem europejskie firmy z tych samych sektorów notują dynamiczny wzrost zainteresowania inwestorów. Rynek wyraźnie zaczyna różnicować sytuację firm po obu stronach Atlantyku, premiując te, które…

  • |

    Z garażu do gwiazd

    Dziadek i ojciec nauczyli go ciężkiej pracy, zaradności, samodzielności i odwagi w podejmowaniu ryzyka. Jeff Bezos, założyciel Amazona najwyraźniej wziął sobie ich lekcje do serca. Najpierw stworzył giganta e-commerce przynoszącego miliardowe dochody, potem sam stanął na czele najbogatszych tego świata. Teraz nie zamierza się zatrzymać. Idzie, a właściwie leci dalej, i podbija kosmos. Anna Sochocka Kto rano wstaje, temu Pan…

  • |||

    Panoramy Gospodarki

    Młodym badaczom łatwiej jest rozpocząć badania Wprowadzenie i upowszechnienie się systemu grantowego w polskiej nauce spowodowało, że młodym badaczom łatwiej jest rozpocząć badania. Dzięki temu już u progu kariery mogą zacząć pracować samodzielnie, niezależnie od swoich promotorów. – Zmiana w systemie finansowania pociąga za sobą także zmiany w sposobach myślenia o nauce – ocenia prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki…