Od jednego projektora do potęgi

W historii koncernu Warner Bros. istotną rolę odegrał Bob – koń należący do ubogiej rodziny żydowskich imigrantów ze wsi pod Ostrołęką. To historia uporu, wzlotów i upadków, rodzinnych kłótni i dramatycznych zwrotów akcji, zakończona transakcją o wartości 111 mld. dolarów. To gotowy scenariusz na mocny film.

Zuzanna Poloniewska

Zaczyna się we wsi Krasnosielc nieopodal Ostrołęki na Mazowszu. W XIX w. ta wieś miała nawet prawa miejskie i była zamieszkana przez rzemieślników zorganizowanych w 56 cechach, ale był to stosunkowo krótki czas jej największego rozwoju. Wtedy działała w Krasnosielcu niewielka fabryka sukna i ok. 10 małych zakładów sukienniczych.

W 1827 r. na 981 mieszkańców było 604 Żydów (61,6 proc.). W 1857 r. liczba ludności Krasnosielca wynosiła 1842 osoby, w tym 926 Żydów (50 proc.).

W drugiej połowie XIX wieku właśnie w Krasnosielcu swoją żydowską biedę klepał Benjamin Wonsal, jego żona Perła Eichelbaum oraz ich synowie: urodzony w grudniu 1881 r. Hirsz Mojżesz, urodzony w lipcu 1884 r. Aron i Szmuel (na świat przyszedł w sierpniu 1887 r.).

Benjamin był szewcem. Rzecz w tym, że takich żydowskich szewców było w Krasnosielcu kilku i podaż zdecydowanie przewyższała popyt na ich usługi.

Był jednak kraj wielkich możliwości, o którym krążyły opowieści, że „pieniądze leżą na ulicy”, przez mieszkańców mazowieckich wiosek i sztetli brane dosłownie. Tym krajem była „Ameryka”, czyli USA.

Nie wiemy, czy brał je dosłownie Benjamin, ale wiadomo, że zachęcany listami znajomego, który wyjechał dwa lata wcześniej, spakował swój niewielki dobytek i wraz ze szwagrem Alterem Eichelbaumem w styczniu 1888 r. przez Niemcy udał się do Stanów Zjednoczonych.

Musiało być naprawdę źle, skoro zdecydował się na tę podróż, zostawiając w Krasnosielcu żonę z trójką dzieci, w tym jednym, które nie miało nawet roku.

To właśnie Benjamin po wyjeździe zmienił imię i nazwisko na Ben Warner – brzmiało bardziej amerykańsko.

Półtora roku później za wielką wodę wyjechała do męża Perła z synami. I chociaż był to czas, kiedy znakomita większość imigrantów nie mówiła po angielsku, trzeba jednak odnotować wielką odwagę i zapewne determinację tej Żydówki: zapewne znała jidysz i rosyjski – i na tym koniec.

A jednak pojechali. Parowcem „Hermann” z Bremy na wschodnie wybrzeże USA.

Można powiedzieć – mieli wielkie szczęście. Gdyby zostali w Krasnosielcu, podzieliliby pewnie los innych miejscowych Żydów, wymordowanych przez Niemców już we wrześniu 1939 r.

Ciężkie życie imigrantów

Okazało się, że w Ameryce pieniądze jednak nie leżą na ulicy. Ben Warner z rodziną zamieszkał w Baltimore i próbował utrzymać ją z zelowania butów, ale to nie przynosiło zysków większych niż w mazowieckim Krasnosielcu. Szwagier namówił Bena na zmianę pracy – wyjechali na budowę linii kolejowej do Wirginii. Powstawała trasa łącząca wschodnie i zachodnie wybrzeże USA, przy której pracowały tysiące imigrantów.

Ben zarobił pierwsze przyzwoite pieniądze, z którymi… zniknął jego szwagier. Wrócił więc do rodziny i wyjechali do Kanady. Tam zajął się handlem skórami. I znowu, kiedy tylko zaczął zarabiać, okradł go wspólnik.

Ben zabrał rodzinę (powiększoną już o najmłodszego syna) i w 1896 r. Warnerowie wrócili do USA i zamieszkali w Youngstown w stanie Ohio. Wrócił do swego zawodu i założył zakład szewski, w którym naprawiał buty „na poczekaniu”. Przyuczał w nim najstarszego syna Hirsza, wtedy już Harry’ego, chociaż ten kompletnie nie był tym zainteresowany.

Do zakładziku Warnera wstępował natomiast szef lokalnego banku, który w końcu zaproponował Benowi pożyczkę na rozbudowę zakładu. Ten jednak wolał zainwestować w sklep spożywczy, w którym przez jakiś czas pracował Harry.

Braci Warner pasje i przygody

Hirsz popełnił jednak błąd przy składaniu zamówień i… został zwolniony. Na znak protestu wyprowadził się z domu i zajął się kolarstwem. Był to wówczas sport nowy, którego popularność można by porównać z żużlem.

Hirszowi-Harry’emu podobał się szalenie i przejawiał nawet talent w tym kierunku, zdobywając kilka medali. Nie był jednak w stanie z tego wyżyć. Musiał zatrudnić się w lokalnej rzeźni (kroniki milczą, czy była koszerna).

Tymczasem Aron, wtedy już Albert Warner, też marzył o kolarskiej karierze, a jeszcze bardziej o kolarskim biznesie. Namówił więc Harry’ego i Szmuela, wtedy już Sama, do otwarcia sklepu. Nie wyszło. Kolarstwo było modne, ale niewystarczająco popularne, żeby z takiego sklepu utrzymała się cała trójka.

Albert został domokrążcą, sprzedając w ten sposób mydło, a Sam „poszedł w rozrywkę”. Jako wędrowny artysta wraz z trupą podobnych zapaleńców był zaklinaczem węży i żywą tarczą, do której rzucano jajkami.

Miał jednak pecha – ceny jajek poszły w górę, a właściciel stoiska zdecydował o zastąpieniu ich piłkami baseballowymi, czyli bardzo twardymi. Celujący w Sama nie mieli litości – poobijany, posiniaczony Sam zdał sobie sprawę, że w finale tej „kariery” może zostać kaleką.

Zrezygnował i postanowił występować wspólnie z innym młodym człowiekiem poznanym w rodzinnym sklepie rowerowym. Nazwali siebie „kusicielami losu” i pokazywali wspólnie sztuczkę, w której na rowerze zjeżdżali z wieży po drabinie.

Kuszenie losu źle się skończyło – po paru miesiącach wspólnik Sama zginął w wypadku, a on sam zatrudnił się na kolei jako pomocnik maszynisty, co oznaczało, że całymi dniami, w piekielnym gorącu rozgrzanej lokomotywy, sypał do jej paleniska węgiel.

Wciąż marzył o pracy w rozrywce. I wreszcie nadarzyła się okazja.

Koń Bob

Sam poznał zadłużonego po uszy alkoholika i hazardzistę, który – zanim się stoczył – zarabiał na życie wyświetlaniem filmów i posiadał projektor. Musiał go szybko sprzedać.

To było to! Jednak ani Sam, ani nawet wszyscy trzej bracia razem wzięci nie mieli wystarczająco dużo oszczędności na taki zakup. Wtedy ulitował się nad nimi ojciec. Wbrew żonie Ben oddał synom najcenniejszą rzecz, jaką posiadał – złoty zegarek – aby go sprzedali i kupili projektor.

Jednak i to było za mało. Wtedy Ben zastawił w lombardzie ich jedyny środek lokomocji… konia imieniem Bob. To wreszcie wystarczyło.

Bracia kupili projektor, a wraz z nim jedną kopię filmu The Great Train Robbery w reżyserii Edwin S. Porter.

Nie wiemy dokładnie, kiedy odbył się pierwszy pokaz filmowy. Wiemy jednak, że miał miejsce na tyłach domu Warnerów, a za salę kinową posłużył pożyczony namiot. Bilety sprzedawano za grosze, więc na pokazy jedynego filmu przychodziły tłumy, co bardzo denerwowało sąsiadów.

Sam i Albert Warnerowie wraz ze swoim interesem przenieśli się więc do pobliskiego miasteczka Niles. Dziś to ono uchodzi za miejsce „narodzin” Warner Bros..

Ten etap ich działalności zakończył się z hukiem – i to dosłownie. Miejski inspektor bezpieczeństwa, który miał wydać opinię o braku zagrożenia ze strony biznesu braci Warner dla widzów, przybył na inspekcję, paląc cygaro. Spowodował eksplozję i dosłownie wyleciał w powietrze.

Chociaż nie było w tym winy braci, z obawy przed zemstą rodziny inspektora opuścili Niles i udali się w swoistą trasę artystyczną. Organizowali pokazy jedynego filmu, jaki posiadali, w Steubenville, Girard, Warren czy Meadville.

Mieli opracowaną metodę: Al i Sam obsługiwali projektor. Do pomocy zaangażowali rodzeństwo urodzone już po wyjeździe z Krasnosielca. Ich siostra Rose sprzedawała bilety, zaś najmłodszy Jack śpiewał piosenki po angielsku i po włosku.

Bracia mówili małomiasteczkowej publiczności, że specjalnie dla niej sprowadzili z Włoch wybitnego młodego śpiewaka – Leona Zuardo. Po takiej zapowiedzi wychodził Jack, odśpiewywał kilka arii, po czym odbywał się pokaz filmu.

Jack miał ładny, mocny głos, a jako urodzony w Kanadzie (w 1892 r.) i wychowany w Kanadzie oraz USA nie miał już silnego wschodnioeuropejskiego akcentu, więc pokazy wychodziły całkiem udanie. Przynajmniej do czasu, gdy Jack przeszedł mutację głosu.

Z „Pałacu” do magazynu i w niebyt

Tak dotarli do New Castle w Pensylwanii. Tu postanowili zmienić koncepcję biznesu. Albert i Sam uznali, że zamiast jeździć z kinem w namiocie, lepiej otworzyć kino z prawdziwego zdarzenia.

Przekonali Harry’ego, by sprzedał słabo prosperujący sklep rowerowy i przeniósł się do nich. Za wszystkie pieniądze – zwłaszcza te od Harry’ego – kupili budynek w centrum miasta.

W 1905 r. otworzyli w nim kino „Cascade Movie Palace”. Z tym że „pałac” przypominała tylko fasada budynku – miała bizantyjskie łuki i kolumny. W środku panowały natomiast brud i zaduch, a zamiast kinowych krzeseł (nie mówiąc o fotelach) stały krzesła pożyczone z sąsiedniego zakładu pogrzebowego.

W ten sposób klienci braci Warner dzielili krzesła z żałobnikami. Można powiedzieć – samo życie.

Cuchnące, brudne kino okazało się jednak tak dochodowe, że już kilka miesięcy później Warnerowie byli właścicielami drugiego kina o równie szumnej nazwie – „Bijou” („Klejnot”).

Posiadanie „Pałacu” i „Klejnotu” skłoniło braci do przemyślenia całej koncepcji biznesowej. Zauważyli, że popularność kin rośnie i będzie rosła, ale ich utrzymanie jest kosztowne. Uznali więc, że zamiast wyświetlać filmy w swoich kinach, większy zysk osiągną, dystrybuując je do innych kin.

Sprzedali oba kina i wiosną 1907 r. przenieśli się do Pittsburgha. W tym historycznym dla USA mieście założyli firmę The Duquesne Amusement Supply Company – jedno z pierwszych przedsiębiorstw zajmujących się dystrybucją filmów w Stanach Zjednoczonych.

Dali w niej pierwszą poważną pracę siedemnastoletniemu Jackowi – został magazynierem, nosząc oficjalnie tytuł „inspektora jakości”.

Wreszcie trafili w dziesiątkę. Wkrótce w Norfolk w Wirginii otworzyli drugą firmę dystrybucyjną – The Duquesne Film Exchange. Podzielili się obowiązkami: Harry i Al pozostali w Pittsburghu, natomiast Sam i Jack osiedli w Norfolk, gdzie zaczęli wydawać gazetkę „The Duquesne Film Noise”, czyli „Filmowe odgłosy z Duquesne”.

Zawarli umowy na wyłączną dystrybucję filmów z ponad dwustoma producentami i byli na najlepszej drodze do sukcesu oraz wielkich pieniędzy.

Niestety dla siebie żydowscy imigranci z podostrołęckiego Krasnosielca mieli pomysł i wizję, ale zabrakło im wiedzy prawniczej. W dodatku ze swoim pomysłem nadepnęli na odcisk nie byle komu – samemu Thomas Edison. A ten był człowiekiem bezwzględnym i na tyle sprytnym, by doskonale zabezpieczyć swoje interesy przed każdą konkurencją.

Pora więc na małą dygresję.

Cwaniak od żarówki

Kino, uchodzące za wynalazek braci Lumière, miało wielu ojców (w tym Polaków), a jednymi z nich byli Karol Francis Jenkins i Thomas Armat, którzy w USA opracowali aparat do wyświetlania ruchomych obrazów. Thomas Edison kupił od nich prawa do tego wynalazku i poszerzył ich wniosek patentowy tak, by zostać na terytorium USA jedynym wynalazcą kina. Taki wniosek złożył w Urzędzie Patentowym (Patent Office), istniejącym przy rządowym Departamencie Spraw Wewnętrznych. Jako „jedyny wynalazca kina” założył Motion Pictures Patents Company (MPPC).

To było posunięcie genialne biznesowo, albowiem każdy – producent filmów, właściciel kina, operator projektora czy dystrybutor – musiał wykupić licencję od Edisona za cenę, jakiej ten sobie zażyczył. Edison miał w ręku całą branżę filmową i poprzez swoich agentów bardzo tego pilnował. Kiedy ktokolwiek próbował z nim walczyć, niszczył go w procesach sądowych. Aby zabezpieczyć swoje dochody, Edison zawarł umowę z koncernem Kodak, największym producentem taśmy filmowej, w ramach której koncern mógł sprzedawać taśmę filmową tylko podmiotom, które okazały licencję od MPPC. Doszło do tego, że w 1908 r. Edison zakazał kręcenia filmów dłuższych niż 20 minut – po prostu tak. Bracia Warner o tym zwyczajnie nie wiedzieli, a Edison zniszczył ich pierwszy naprawdę dochodowy biznes – konkretnie wykupił go. Edison zarabiał fortunę – do czasu.

Jak bowiem wiadomo, każdy cwaniak trafi na większego od siebie cwaniaka. Edisona z jego pomysłem na biznes (wyobraźmy sobie kwadryliony dolarów zarabiane do dziś przez jedynego właściciela patentu na kręcenie, dystrybucję i pokazy filmów) „pogrzebał” węgierski Żyd Vilmos Fried. On z kolei występował jako William Fox i w zakonspirowanych kinach, korzystając z nielegalnych projektorów, organizował tajne pokazy filmów. Oczywiście agenci MPPC pilnie tropili Foxa i nieraz przerywali te nielegalne seanse, ale Fox nie odpuszczał.

W końcu, w 1912 r., wykorzystał prawo stanu Kalifornia do podważenia monopolu Edisona jako „jedynego wynalazcy kina”. W Kalifornii prawa Edisona nie obowiązywały. Zanim jego prawnicy zorientowali się w sytuacji, William Fox w dzielnicy Los Angeles o nazwie Hollywood uruchomił wytwórnię Fox Film Corporation. W ślad za nim podążyli inni twórcy. Edison chciał mieć pełną kontrolę nad branżą filmową, ale dzięki temu właśnie branża osiedliła się w Hollywood i powstała tam „fabryka snów”. Po 17 latach prawa patentowe Edisona wygasły – „fabryka snów” wygrała. Wróćmy jednak do naszych bohaterów.

O krok od bankructwa

Po chwilowej porażce z Edisonem bracia postanowili produkować filmy. W tym celu wynajęli nieczynną hutę w St. Louis w Missouri i przekształcili ją w studio filmowe. Sam i Jack zostali producentami. Źle wybrali lokalizację, bo Missouri nie miało zaplecza dla tego rodzaju działalności. Bracia Warnerowie wyprodukowali zaledwie dwa filmy i – nie czekając na bankructwo – przenieśli się do Nowego Jorku – przed kalifornijskim zwycięstwem Foxa – stolicy amerykańskiego kina.

Nakręcili jeszcze trzy filmy jedno- lub dwurolkowe, czyli o długości 10 lub 20 minut (zgodnie z życzeniem Edisona!), ale nie przyniosły one zysków. W 1912 r. Edison przegrał w Kalifornii z żydowskim emigrantem z Węgier, a w 1913 r. inny żydowski emigrant z Warszawy, Szmuel Gelbfisz, który do historii kina przeszedł jako Samuel Goldwyn, nakręcił pierwszy w historii kina film pełnometrażowy (nawiasem mówiąc, jego historia jest jeszcze bardziej fascynująca niż braci Warner).

Bracia uznali, że pora na podobny ruch z ich strony. Konkretnie do takiego wniosku doszedł Harry. W 1916 r., bez porozumienia z braćmi, zatrudnił reżysera i wyłożył pieniądze na rozpoczęcie zdjęć do pięciorolkowego filmu „Inherited Passions”. Tu dopadła go klątwa ojca, bo zatrudniony przez Harry’ego reżyser uciekł z pieniędzmi przeznaczonymi na dokończenie filmu.

W tym momencie interweniował Sam, który zmontował to, co zostało nakręcone, i taki właśnie film wypuścił na ekrany kin na początku kwietnia 1916 r. Nie mógł wybrać gorszej daty – dokładnie w tym samym tygodniu Stany Zjednoczone przystąpiły do trwającej w Europie I wojny światowej. W atmosferze propagandy wzywającej młodych mężczyzn do wstępowania do wojska nikt nie miał głowy do filmowych nowości. Braciom Warner ponownie zajrzało w oczy bankructwo.

Ratunek z Polski

Pomógł im urodzony 17 kwietnia 1872 r. w Tarnowie Marek Dintenfass, w USA znany jako Mark Dintenfass. W 1909 r. założył wytwórnię Champion Film Company, która obok nieświadomych tego, co robią Warnerowie, była jedną z pierwszych niezależnych firm produkcyjnych rzucających wyzwanie monopolowi Thomasa Edisona. W 1912 r. połączył siły z kilkoma innymi producentami (m.in. Independent Moving Pictures Carla Laemmle), tworząc giganta Universal Film Manufacturing Company. W 1918 r. wraz z amerykańskim przedsiębiorcą Harrym Garlickiem wyłożył fundusze na produkcję pierwszego „poważnego” filmu braci Warner. Był to film „My Four Years in Germany”. Film traktował o działaniach byłego ambasadora USA w Niemczech i jego próbach powstrzymania wybuchu I wojny światowej. Nakręcony za 50 tys. dol., tym razem trafił w swój czas i przyniósł braciom Warner 1,5 mln dolarów zysku – był to ich pierwszy prawdziwy sukces. Nie znaczy to, że połączyli siły. Dintenfass skonsolidował swoje siły z Carlem Laemmle, tworząc Universal Pictures (1912 r.), podczas gdy bracia Warner poszli własną drogą, choć wszyscy w tym samym kierunku – do Los Angeles.

4 kwietnia 1923 r. oficjalnie zarejestrowali wytwórnię Warner Bros. Pictures, Inc. Podzielili się rolami: Harry i Albert pozostali w Nowym Jorku, skąd Harry zarządzał finansami, a Sam i Jack zajmowali się produkcją w studio w Burbank, w hrabstwie Los Angeles, przy czym wcale nie działali zgodnie. Urodzony w kanadyjskim London Jack nazywał swoich braci „polskimi głupkami” i oskarżał o brak wyobraźni, choć powinien zwrócić uwagę na coś innego. Mianowicie, będąc w Kalifornii, Sam został hazardzistą i trwonił pieniądze z rodzinnego interesu bez opamiętania. Przeniósł się do Los Angeles, gdzie próbował dorobić się na poszukiwaniach ropy naftowej i co może zdumiewać – kompletnie się to nie udało. Po raz kolejny firma braci stanęła na skraju bankructwa.

Czworonożny spłacacz hipoteki

I wtedy stała się seria cudów. Pierwszy miał miejsce we wrześniu 1918 r., kiedy amerykański kapitan Lee Duncan uratował ze zbombardowanego we Francji schroniska dla psów owczarka niemieckiego. Nazwał go Rinty (od nazwy popularnych we Francji wełnianych laleczek-amuletów, które dzieci dawały żołnierzom na szczęście) i przywiózł do USA. Psy tej rasy są bardzo inteligentne, pojętne i chętnie się uczą, ale Rinty był wyjątkowo pojętny i utalentowany, np. bez problemu przeskakiwał przez 4-metrowy mur i chętnie wykonywał każde polecenie. Duncan krążył z nim po wystawach, gdzie pies zadziwiał jurorów i publiczność swymi sztuczkami. W końcu zaczął odwiedzać studia filmowe, przekonując do „zatrudnienia” psa.

Tak trafił do biura scenarzysty Warnerów Darryla F. Zanucka, który rozpaczliwie szukał pomysłu na hit. Duncan przekonał go, że pies może zagrać „ludzkie” emocje. Rinty zadebiutował w 1922 r. w filmie „The Man from Hell’s River” tylko dlatego, że wilk, który miał tam zagrać, był agresywny i nie dawał się tresować. Rinty zastąpił go idealnie, wykonując polecenia bezbłędnie. W 1923 r. Rinty jako Rin Tin Tin zagrał główną rolę w niemym filmie „Where the North Begins” (Gdzie zaczyna się Północ), choć tę szansę dostał tylko dlatego, że sytuacja finansowa Warnerów była tak zła, że gorzej już być nie mogło. Postawili wszystko na psie łapy. Film okazał się nieprawdopodobnym sukcesem, a pies Rin Tin Tin – „kurą znoszącą złote jajka”.

W epoce kina niemego kręcenie filmu z psem wykonującym polecenia było o tyle proste, że nie było słychać wydawanych psu komend, za to było widać sztuczki, jakie wykonywał. Rin Tin Tin wystąpił w 27 filmach wytwórni Warner Bros., generując takie zyski, że został nazwany „The Mortgage Lifter” (spłacacz hipoteki). Rin Tin Tin był taką gwiazdą, że podczas pierwszego rozdania Oscarów niewiele zabrakło, by Oscar dla najlepszego aktora nie trafił w jego łapy (ponoć zebrał najwięcej głosów, ale Akademia uznała, że Oscar musi jednak trafić do ludzkiego aktora). Otrzymywał tysiące listów tygodniowo, a Jack Warner cenił go tak bardzo, że pies miał własnego kucharza, a na planie filmowym, aby wprawić go w dobry nastrój do odgrywania scen dramatycznych, przygrywała mu prawdziwa orkiestra.

W szczycie swojej sławy Rin Tin Tin zarabiał 2 tys. dolarów tygodniowo, w przeliczeniu na dzisiejszą wartość dolara – 40 tys. dol. tygodniowo i był więcej warty niż wszyscy aktorzy Warnerów razem wzięci. Dla swego pana i wytwórni zarobił miliony dolarów i uratował Warnerów przed bankructwem. Kariera Rin Tin Tina przyhamowała w 1927 r., kiedy Warnerowie zdecydowali się na niebywały przełom – kino dźwiękowe. Kręcenie udźwiękowionych filmów ze zwierzęcymi aktorami okazało się trudne, a szczekający synchronicznie Rin Tin Tin nie przyciągał już tak wielu widzów jak wcześniej. Zagrał jeszcze w paru filmach, zanim padł 10 sierpnia 1932 r. Informacja, że Rin Tin Tin zdechł, była tak ważna, że amerykańskie stacje radiowe przerwały nadawanie programów, by podać ją do wiadomości Amerykanów. Rin Tin Tin spoczął ostatecznie we Francji, na najstarszym psim cmentarzu na świecie i do czasów Lessie był z pewnością największą psią gwiazdą kina (dopiero w PRL wyrosła mu poważna konkurencja w postaci polsko-sowieckiego Szarika).

Przełom

Chociaż Rin Tin Tin uratował studio, zajadła konkurencja sprawiła, że bracia Warner, aby ratować się przed problemami finansowymi, zainwestowali swoje „psie pieniądze” (w ich przypadku – całkiem spore) w nową technologię, czyli radio. Dnia 3 marca 1925 r. firma braci Warnerów stała się właścicielem jednej z trzech pierwszych stacji radiowych w Los Angeles – KFWB. To plus Rin Tin Tin pomogło. Po pierwsze – radio robiło reklamę Rin Tin Tinowi, po drugie – pracując z dźwiękowcami, nabrali cennego doświadczenia, które niebywale przydało się, gdy zainwestowali w kolejną nowość – pierwszy film z dźwiękiem synchronicznym.

Był to legendarny „Śpiewak jazzbandu”, uznawany dziś za pierwszy dźwiękowy film w historii kina. Film dźwiękowy ze względu na śpiewane w nim piosenki. Jeśli chodzi o dialogi, to jest ich dwie minuty (reszta to plansze, jak w innych filmach), a pierwszymi słowami w historii kina były wypowiedziane właśnie w tym filmie: „Chwileczkę, poczekaj chwilę, jeszcze nic nie słyszałeś”. Dość prorocze, jeśli chodzi o rozwój kina, można powiedzieć. „Śpiewak” to trochę własna historia braci (i trochę w ogóle założycieli branży filmowej) – film traktuje o młodym Żydzie, który wbrew woli pobożnego ojca zostaje śpiewakiem jazzowym.

Sukces odniósł nie tylko film, ale i wykonywana w nim finałowa piosenka „My Mummy”, która stała się pierwszym przebojem wylansowanym przez kino. Dziś wytwórnia miałaby z jej powodu olbrzymie problemy, bowiem główny bohater wykonuje ją… przemalowany na Murzyna, jako że jazz uchodził wtedy za „czarną” muzykę.

Niestety, braciom nie było dane zobaczyć, jakie wrażenie na publiczności zrobił premierowy pokaz, który odbył się 6 października 1927 r. Dzień przed premierą zmarł Sam Warner. Zgodnie z żydowskim prawem Szmuel Wonsal musiał zostać pochowany w ciągu 24 godzin po śmierci. Pogrzeb odbył się zatem w dniu premierowego pokazu pierwszego filmu dźwiękowego. Rodzina Warnerów ten dzień spędziła na pogrzebie. Sukces „Śpiewaka” sprawił jednak, że wciąż niewielkie studio braci Warner niespodziewanie trafiło do tzw. „wielkiej piątki” – największych wytwórni rządzących branżą. Droga na szczyt była otwarta i szeroka, ale…

Wyboista ścieżka

Bracia Warner nie byli w stanie się porozumieć co do wizji biznesu, a konflikt ten pogłębił się po śmierci Sama – jedynego, który potrafił ich pogodzić. Chodziło głównie o to, że Harry był religijnym tradycjonalistą, który postrzegał studio filmowe jako misję społeczną i rodzinną odpowiedzialność. Jack, który uważał go za „polskiego głupka”, kochał blichtr Hollywood, uwielbiał otaczać się kobietami i uważał, że im większy show, tym lepiej. Doprowadzał tym poważnego Harry’ego do rozpaczy i furii jednocześnie, bowiem sobie przypisywał kolejne sukcesy wytwórni.

Sytuację pogarszało i to, że Harry i Albert przebywali na stałe w Nowym Jorku, skąd kierowali firmą: Harry jako główny dyrektor, Albert jako odpowiedzialny za finanse i logistykę (m.in. dbał, by filmy Warner Bros. trafiały do kin na całym świecie). Z kolei Jack w Los Angeles nadzorował produkcję w sposób bezpośredni, prowadząc biznes żelazną ręką, z chorobliwą wręcz oszczędnością jeśli chodzi np. o koszty produkcji (np. żądał, aby te same kostiumy „grały” w różnych filmach).

To wszystko sprawiło, że w latach trzydziestych wytwórnia „poszła w filmy dla klasy robotniczej”, tworząc relatywnie tanie, gangsterskie kino, oddające ciężkie lata Wielkiego Kryzysu. Hitami okazały się filmy „Mały Cezar” (1931 r.) i „Wróg publiczny nr 1” (1931 r.). W ten sposób twarzami wytwórni zostali: James Cagney, Humphrey Bogart, Edward G. Robinson czy Bette Davis. Ale nie tylko – bracia szybko docenili animacje, rozpoczynając wieloletnią, zaciętą walkę z wytwórnią Walta Disneya.

Wojna na kaczory

Widz udający się do kina w latach 30. szedł oglądać nie tylko film, na który kupił bilet. To było znacznie więcej. Przed „głównym filmem” oglądał: kronikę filmową pokazującą informacje ze świata (np. w czasie wojny pokazywano relacje z frontu), zapowiedzi nowych filmów, jedną krótkometrażówkę – np. film pokazujący jakieś ciekawe miejsce na świecie, jedną czy dwie kreskówki i wreszcie film właściwy. Jak widać – wtedy jeszcze nikt nie wpadł na to, jakie kokosy można było zbijać na reklamach. Kluczowe okazały się kreskówki.

Ich pojawienie się w kinach miało wymiar czysto praktyczny. W latach dwudziestych projektory obsługiwały tylko jedną rolkę filmu na raz. Zmiana rolki z filmem fabularnym trwała kilka minut – kreskówki i kroniki puszczano z drugiego projektora, żeby widzowie się nie niecierpliwili. Okazało się, że animowane filmiki… przyciągają widzów równie mocno jak główny film, stąd nawet gdy już nie było trzeba zmieniać rolek, kreskówki zostawiono, przesuwając je na początek pokazu.

Mistrzostwo osiągnął w tym Walt Disney, który już w 1928 r. (po premierze „Parostatku Willie” z Myszką Miki w roli głównej) udowodnił, że dźwiękowa kreskówka jest tak wielką atrakcją, iż widzowie przychodzą do kina specjalnie dla niej, a nie tylko dla głównego filmu. Królową kreskówek była oczywiście Myszka Miki, pierwsza animowana postać, która dzięki sprzedaży przez Disneya licencji na wykorzystanie jej wizerunku trafiła na setki gadżetów i tym samym do domów milionów Amerykanów.

Trzeba jednak dodać, że produkcja dobrej kreskówki była kosztowna – droższa niż kilka krótkometrażowych filmów aktorskich. Trzymający żelazną ręką finanse studia Harry Warner nie widział powodu, by trwonić na to pieniądze, skoro czas na wymianę rolek taśmy filmowej mógł wypełnić nagraniem orkiestry czy kroniki filmowej. Poza tym, ze swoją religijnością, uważał kreskówki za totalną głupotę, a chciał, by studio Warner Bros. było traktowane poważnie. „Po co nam to? Przecież nikt nie przyjdzie do kina, żeby oglądać myszy i króliki, kiedy może obejrzeć prawdziwych ludzi!” – miał powiedzieć.

Przekonał go dopiero sukces Disneya oraz chęć zarobienia na piosenkach. W 1929 r. Warner Bros. kupiło kilka dużych wydawnictw muzycznych (m.in. Witmark & Sons), stając się właścicielami praw do tysięcy piosenek. Żeby sprzedawać płyty i nuty jako nowi właściciele, musieli sprawić, by piosenki te stały się hitami. Kreskówki były do tego idealne.

Warner Bros. zaproponowało dwie serie kreskówek: Looney Tunes (od 1930 r.), będące odpowiedzią na Silly Symphonies Disneya i początkowo skoncentrowane na konkretnych bohaterach (najpierw Bosko, potem Buddy). Te animacje były czarno-białe aż do 1943 r. Drugą serią były Merrie Melodies (od 1931 r.). Celem tej serii było promowanie piosenek z filmów Warner Bros. (stąd nazwa „Wesołe Melodie”). Szybciej wprowadzono w nich kolor (1934 r.), a historie były bardziej jednostkowe, bez stałych postaci – aż do debiutu prosiaka Porky’ego.

Harry nie zamierzał jednak ryzykować utopienia własnych pieniędzy w budowę studia animacji od zera. Wytwórnia podpisała więc umowę z Leonem Schlesingerem. Ten nie był ani rysownikiem, ani animatorem. Był sprawnym biznesmenem, który wcześniej zajmował się produkcją plansz z napisami do filmów niemych. Podpisując kontrakt z Warnerami, zapewniał budynek, sprzęt i zatrudniał animatorów. Z kolei studio Warner Bros. finansowało produkcję, zajmowało się dystrybucją gotowych filmów do kin i posiadało prawa do marki Looney Tunes oraz Merrie Melodies.

Schlesinger miał wyjątkowy dar do wyszukiwania prawdziwych talentów. Zatrudnił rysowników, którzy stworzyli prosiaka Porky’ego (pierwszą animowaną postać Warner Bros.), królika Bugsa czy kaczora Daffy’ego. Notabene Schlesinger był wręcz chorobliwie oszczędny – wynajęty przez niego na terenie kompleksu Warner Bros. budynek, w którym pracowali rysownicy, był w tak złym stanie, że zyskał miano „Termite Terrace”. Paradoksalnie rysownikom dało to ogromną wolność artystyczną – szefowie Warnera rzadko tam zaglądali.

W 1944 r. Schlesinger postanowił przejść na emeryturę. Warner Bros., widząc gigantyczny sukces postaci takich jak Królik Bugs czy Kaczor Daffy, uznało, że animacja to kolejna po Rin Tin Tinie kura znosząca złote jajka, kupiło studio Schlesingera i przekształciło je w wewnętrzny dział o nazwie Warner Bros. Cartoons, Inc., a animatorzy Schlesingera stali się etatowymi pracownikami Warnera.

Na marginesie warto też odnotować, że „wojnie na kaczory” studio braci Warner postawiło na inny charakter bohaterów aniżeli Disney. Wszyscy bohaterowie Disneya, nawet wpadający w szał Kaczor Donald, byli postaciami bajkowymi, mającymi dobre serca, przyjaznymi i życzliwymi, a gdy spotykała je przykrość lub ból, nie był to powód do śmiechu. Postaci wykreowane przez rysowników dla Warner Bros.: Królik Bugs, Kaczor Daffy, były złośliwe i okrutne, okładały się czym popadnie, strzelały do siebie, rozjeżdżały walcami, biły innych ostro i bez zahamowań. Kreskówki Disneya były skierowane do młodszej widowni, kreskówki Warner Bros. – pełne odniesień do dorosłych problemów i relacji – do pełnoletnich widzów. Stąd powstało stwierdzenie, że gdyby postacie Disneya i Warnera spotkały się na ulicy, te od Disneya pewnie śpiewałyby o marzeniach, a te od Warnera spuściłyby im na głowę kowadło. To okrucieństwo jednak się opłacało – zarówno Schlesingerowi, jak i samemu studiu.

Fortuna i fatalny błąd

W latach 30. i na początku 40. Warner Bros. płaciło Schlesingerowi ryczałt w wysokości od 8 500 do 10 000 dol. za każdą gotową siedmiominutową kreskówkę. Schlesinger, pracując w zapuszczonym „Termite Terrace”, utrzymywał koszty produkcji na poziomie ok. 7 000–8000 dolarów za odcinek. Czysty zysk Schlesingera wynosił ok. 1 000–2000 dol. za każdą kreskówkę. Jego roczny dochód wynosił 30–60 000 dol., w przeliczeniu na dzisiejszą wartość dolara – ponad milion dolarów i to niezależnie od tego, czy dana kreskówka byłaby hitem, czy klapą.

Dodatkowo Schlesinger zachował prawa do części gadżetów i produktów związanych z postaciami, co przy rosnącej popularności Królika Bugsa generowało dodatkowe zyski poza kontraktem z Warnerami. W latach 30. i 40. kreskówki zarabiały dla Warner Bros. prawdopodobnie kilkaset tysięcy dolarów czystego zysku rocznie bezpośrednio z kin, ale ich prawdziwa wartość mierzona była w milionach dolarów, wygenerowanych dzięki promocji muzyki i budowaniu marki studia.

Pomimo milionów zysków, jakie im przynosiły, w 1956 r. Jack Warner sprzedał prawa do biblioteki kreskówek sprzed 1948 roku za jedyne 3 000 dol. za odcinek. Później te same filmy zarabiały dla nowych właścicieli 8–10 mln dol. rocznie tylko z emisji telewizyjnych. Cóż, nie był to jedyny biznesowy błąd imigrantów z Krasnosielca.

Na wszystko jest sposób

„Of all the gin joints in all the towns in all the world, she walks into mine” – to legendarna już kwestia wypowiedziana przez Humphreya Bogharta jako Ricka Blaine’a w filmie „Casablanca”. Nakręcony w 1942 r. melodramat miał być jednym z wielu filmów powstałych w tym roku i nawet jego twórcy nie spodziewali się, że odniesie tak wielki sukces, jak odniósł.

Łączny koszt filmu to 1 039 000 dol. (75 000 dol. ponad planowany budżet), nie nadzwyczajnie duży, ale powyżej ówczesnej średniej. W historię tego filmu wpisała się też wielka historia – premiera odbyła się 26 listopada 1942 r., co zbiegło się z desantem Aliantów w Afryce Północnej, w tym także z zajęciem Casablanki, a dystrybucja rozpoczęła się 23 stycznia 1943 r. – w tym samym czasie, co konferencja w Casablance z udziałem Churchilla, Roosevelta i de Gaulle’a.

Film zarobił 3,7 miliona dol. w czasie pierwszego wyświetlania w USA (stając się siódmym przebojem kinowym roku 1943). Do roku 1955 przyniósł dochód 6,8 mln dol., stając się trzecim filmem czasów wojny wyprodukowanym w studiu Warner pod tym względem. W dniu 21 kwietnia 1957 r. Brattle Theater w Cambridge w stanie Massachusetts pokazał „Casablankę” jako część cyklu starych filmów. Film był tak popularny, że tradycją stało się wyświetlanie „Casablanki” podczas tygodnia egzaminów końcowych na Uniwersytecie Harvarda; trwa ona do dziś i jest przejmowana przez wiele innych uczelni w USA.

Najbardziej kasowym filmem był jednak pokazany w 1956 r. „Olbrzym” – epopeja ze „złym chłopcem” Hollywood Jamesem Deanem, która po premierze stała się najbardziej kasowym filmem Warner Bros. Film zarobił ok. 32 mln dol. i utrzymał ten tytuł aż do lat 60.

Sukces „Casablanki” był potwierdzeniem filarów działania Warner Bros. Były to: realizm, oszczędność i reagowanie na nastroje społeczne. Dodatkowo studio kontrolowało wszystko – od procesu produkcji, który nadzorował chorobliwie oszczędny Jack, aż po wyświetlanie filmów w setkach kin w kraju i poza jego granicami, o co dbał Albert.

Z powodu braku tak licznej „stajni gwiazd” jak u konkurencji, sloganem studia stało się „timely, topical, and not typical” (aktualne, na czasie i nietypowe). Skupiono się na dynamicznych, szybkich historiach, co sprawiło, że filmy te (np. „Casablanca”) do dziś są uważane za nowocześnie zrealizowane.

Dodatkowo w czasie II wojny światowej Warner Bros. tworzyło kino zaangażowane i nawet królik Bugs handlował obligacjami, co przyczyniło się do faktycznego wzrostu ich sprzedaży. Miało to realny wymiar – Bugs został mianowany honorowym członkiem Korpusu Piechoty Morskiej USA (US Marines), a pod koniec wojny „awansował” do stopnia starszego sierżanta.

Przegięcie

Warto tu dodać, że wówczas aktorzy nie podpisywali kontraktów na film, tylko z wytwórnią. Standardowo były to kontrakty na 7 lat, w czasie których otrzymywali stałe wynagrodzenie, ale musieli grać w produkcjach studia, z którym mieli podpisany kontrakt. Jeśli odmówili, mieli zawieszane wypłaty na czas kręcenia filmu, w którym odmówili udziału. Stawki były takie, że niewielu było stać na taką odmowę.

Chorobliwie oszczędny Jack Warner zastosował kruczek prawny – czas zawieszenia doliczał do długości kontraktu. W praktyce oznaczało to, że studio mogło „więzić” aktora w nieskończoność, dopóki ten nie „odpracował” wszystkich dni buntu. W taką pułapkę wpadła Olivia de Havilland. Kontrakt odtwórczyni roli Melanii w legendarnym „Przeminęło z wiatrem” (1939 r.) zawarty z Warner Bros. kończył się w 1943 r., ale Jack Warner oświadczył, że aktorka jest mu winna jeszcze pół roku pracy za czas, kiedy odmawiała przyjmowania ról.

Aktorka, powołując się na kalifornijski kodeks pracy, pozwała studio i wygrała. Przez dwa lata nie mogła znaleźć pracy, bo studia solidarnie ją bojkotowały (wróciła w wielkim stylu, zdobywając Oscara za „Najtrwalszą miłość” w 1946 r.). Aktorzy byli jej jednak głęboko wdzięczni, bowiem to zwycięstwo było pierwszym tak potężnym ciosem we wszechwładzę studiów filmowych. Nie trzeba dodawać, że Jack, który „swoich” aktorów otwarcie nazywał „niewolnikami”, był wściekły, zwłaszcza że w ślady Olivii poszły i inne gwiazdy.

Ten proces wzmógł także wieloletni konflikt Jacka z Harrym. Harry Warner, widząc nieuchronność zmian, sugerował Jackowi, by przestał zawieszać aktorów i po prostu dawał im inne role, by studio nie traciło dochodów. Jack odpowiedział, że „jeśli aktorzy będą grali tylko to, co chcą, studio długo nie pociągnie”. Jak się okazało, to Harry miał rację.

„Wielka zdrada”

Czasy powojenne przyniosły wielkie zmiany dla wszystkich wielkich wytwórni. Po pierwsze – wyrok Sądu Najwyższego USA z 1948 r. zakazywał wytwórniom filmowym posiadania własnych kin. Warner Bros. miało ich setki, co gwarantowało zbyt na filmy. Po wyroku musiało oddzielić kina od produkcji, w wyniku czego liczba produkcji filmowych spadła, choć poprawiła się ich jakość.

Po drugie – pojawiła się telewizja, co spowodowało drastyczny spadek widzów w kinach. Jack Warner doszedł do wniosku, że musi walczyć z kinami jakością, np. stosując szerokie ujęcia i na ekranach kin osiągając efekty nieosiągalne dla ówczesnej telewizji. Jednak Harry i Albert źle się czuli w tych czasach. Wszyscy trzej doszli do wniosku, że pora na emeryturę. W tym celu mieli sprzedać swoje udziały w Warner Bros. syndykatowi bankowemu.

Harry i Albert dotrzymali umowy i wystawili swoje udziały na sprzedaż. Nie mieli pojęcia, że Jack dogadał się z kupcami i że przez podstawioną firmę w 1956 r. odkupił udziały braci, stając się największym akcjonariuszem i prezesem Warner Bros. Harry dowiedział się o oszustwie z gazet. Wstrząsnęło to nim tak bardzo, że dostał zawału i wylewu. Nie doszedł do siebie i nie wybaczył bratu aż do swojej śmierci w 1958 r. Również Albert zerwał z Jackiem wszelkie kontakty. Konflikt był tak wielki, że gdy Harry zmarł, Jackowi zabroniono pokazywać się na pogrzebie.

Jack z kolei w następnych latach konsekwentnie pomniejszał rolę braci, sobie przypisując sukcesy studia. Historycy nie mają wątpliwości – bez Harry’ego nie byłoby żadnych sukcesów, bo studio by zbankrutowało, choć bez wizjonerstwa Jacka też nie osiągnęłoby swojej pozycji.

Kiepski król

Po oszukaniu braci i przejęciu kontroli nad studiem Jack Warner został istnym królem – nadal chorobliwie oszczędny, jeśli chodzi o produkcję (potrafił przyjść na plan i kazać zgasić część lamp, żeby zaoszczędzić na prądzie), ale nie szczędził pieniędzy na gwiazdy. To właśnie w latach 50. Warner Bros. odkryło i wypromowało Jamesa Deana („Buntownik bez powodu”, „Na wschód od Edenu”), który stał się ikoną nowego pokolenia.

Potrafił też inwestować gigantyczne kwoty w prawa do wielkich broadwayowskich hitów. Przykładem było „My Fair Lady” (1964 r.) – wydał rekordowe 5,5 mln dol. na same prawa do tytułu, co wtedy uznawano za szaleństwo. Jak się okazało, Jack podjął słuszną decyzję – film zdobył 8 Oscarów.

Chociaż Jack nienawidził telewizji, w 1955 r. za jego sprawą powstała Warner Bros. Television. Jako samodzielny prezes uczynił z Warner Bros. TV potęgę. Studio zaczęło masowo produkować westerny i seriale detektywistyczne (jak „Maverick”), co uratowało finanse firmy w czasach, gdy ludzie rzadziej chodzili do kin. W 1960 r. wytwórnia przeniosła swoje gwiazdy animacji do pasma wieczornego w ramach „The Bugs Bunny Show”, co, pominąwszy nieszczęsną decyzję Jacka Warnera o sprzedaży starych kreskówek, przyniosło wytwórni miliony.

Jednostką telewizyjną kierował William T. Orr, zięć Jacka Warnera, który w krótkim czasie uczynił z Warner Bros. TV jednego z najważniejszych dostawców treści dla amerykańskich stacji telewizyjnych.

Sam Jack Warner w 1967 r., czując zmieniające się czasy, sprzedał swoje udziały firmie Seven Arts Productions za 32 mln dol. Zrobił to bez konsultacji z kimkolwiek, kończąc tym samym epokę braci Warner w studiu.

A Albert? – zapyta uważny

Czytelnik

Albert Warner nigdy nie wybaczył bratu zdrady z 1956 r. Nigdy się do niego nie odezwał, nigdy nie spotkał się z nim prywatnie. Oficjalnie zrezygnował ze stanowiska wiceprezesa i skarbnika i osiadł na stałe w swojej posiadłości w Miami Beach. Nie zrezygnował jednak z jednego – i nawet Jack nie mógł go z tej funkcji usunąć – pozostał w radzie nadzorczej wytwórni aż do 1967 r., czyli do chwili, kiedy Jack sprzedał swoje udziały. Jak sam twierdził, robił to, aby „pilnować, aby Jack nie okradł akcjonariuszy do cna”.

Ostatnią dekadę życia spędził na Florydzie, ciesząc się spokojem z dala od hollywoodzkiego zgiełku. Zmarł 26 listopada 1967 r. w Miami Beach w wieku 84 lat, zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Jack ostatecznie sprzedał studio firmie Seven Arts.

Dlaczego nie dzieci?

Skoro w tej historii pojawia się zięć Jacka Warnera, to wypada odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dzieci braci nie zostały zaangażowane w działalność studia. Po pierwsze – za sprawą samego Jacka. Nie znosił żadnej „konkurencji”, nawet ze strony własnego syna. Jack Warner Junior pracował przy produkcji filmów, ale kiedy ojciec dopuścił się oszustwa, stanął po stronie stryjów, czego Jack nigdy mu nie wybaczył. Kiedy Jack Junior wrócił z Europy w 1958 r., strażnik przy bramie wytwórni poinformował go, że ma zakaz wstępu na jej teren. Ojciec go zwolnił i wydziedziczył. Jack próbował sił jako niezależny producent, ale bez sukcesów.

Jedyny, ukochany syn Harry’ego – Lewis – był oczkiem w głowie ojca, który przygotowywał go do zarządzania firmą. Niestety, w 1931 r., mając 22 lata, Lewis zmarł na skutek zakażenia krwi po zwykłym wyrwaniu zęba. To zdruzgotało Harry’ego, który po tej tragedii stał się jeszcze bardziej religijny i jeszcze bardziej odsunął się od brata.

Dzieci Alberta nie były zainteresowane angażowaniem się w działalność firmy, a córki braci zajmowały się głównie bywaniem w kręgach amerykańskiej socjety, wychodząc dobrze za mąż za polityków czy biznesmenów. Zresztą czasy też nie sprzyjały kierowaniu potężnymi firmami przez kobiety. Na tym polu pozostał tylko William Orr – mąż Joy Page (pasierbicy Jacka Warnera). To on kierował Warner Bros. Television i odniósł wielki sukces, budując potęgę serialową studia w latach 50. i 60. Kiedy jednak zaczął osiągać zdaniem Jacka zbyt wielkie wpływy, ten bezwzględnie i szybko odsunął go od zarządzania.

Jack Warner Junior przez kolejne 20 lat próbował pogodzić się z ojcem. Pisał listy i dzwonił, ale ojciec kazał swoim sekretarkom komunikować synowi, że „pan Warner jest zajęty”, lub po prostu nie odbierał korespondencji. Do krótkiego spotkania doszło dopiero w 1977 r. Jack Senior był już bardzo schorowany, na wpół ślepy i z zaawansowaną demencją. Według świadków ledwo rozpoznał syna i nie wykazał żadnych ojcowskich uczuć.

Jack Warner zmarł 9 września 1978 r. w Los Angeles. Kiedy otwarto jego testament, okazało się, że jedynemu synowi zapisał tylko 200 tys. dol. Całą wielomilionową fortunę przekazał drugiej żonie i ich córce Barbarze. Pomimo tego Jack Junior do śmierci w 1995 r. publicznie wypowiadał się o ojcu z wielkim szacunkiem, kwitując swoje stosunki z nim zdaniem: ojciec „kochał studio bardziej niż własną krew”.

Koniec złotej ery

– początek ery AI

Jack Warner był „kwintesencją złotej ery Hollywood”. Legendarne stały się przyjęcia, jakie urządzał w swojej ogromnej posiadłości w Beverly Hills. Składała się na nią 1 300-metrowa willa, otoczona wspaniałymi ogrodami, polem golfowym i kortami tenisowymi. Jack rzadko wpuszczał gości do domu, przeważnie przyjmował ich w olbrzymich ogrodach, przy czym do końca obowiązywał tam dress code w starym stylu – panowie występowali we frakach, panie w wieczorowych sukniach.

Nie zawsze jednak wrażenie było takie, jak oczekiwał gospodarz. Tak było np. podczas przyjęcia, podczas którego miało miejsce odsłonięcie portretu żony Jacka, Ann, namalowanego przez Dalego. W wydarzeniu wzięło udział ok. 300 gości, a moment odsłonięcia obrazu wywołał skandal i szeptane komentarze, gdyż goście dostrzegli na płótnie… małą postać małpy w klatce, która łudząco przypominała samego Jacka Warnera.

Po śmierci Jacka aż do własnej śmierci w posiadłości mieszkała jego żona Ann. Odsunęła się od Hollywood, ale nie dopuściła do podzielenia posiadłości na mniejsze części. Po jej śmierci w 1990 r. posiadłość wraz z całym wyposażeniem (w tym cennymi dziełami sztuki) kupił potentat muzyczny i filmowy David Geffen. Zapłacił za nią 47,5 mln dol., co było wówczas najwyższą ceną za dom jednorodzinny w historii Stanów Zjednoczonych. Geffen mieszkał tam przez trzy dekady, zachowując historyczny charakter miejsca.

W lutym 2020 roku ogłoszono, że nowym właścicielem został założyciel Amazon, Jeff Bezos. Zakup opiewał na kwotę 165 mln dol., ustanawiając nowy rekord cenowy dla nieruchomości mieszkalnej w Los Angeles. Bezos nabył również sąsiednią działkę, aby powiększyć teren swojej nowej posiadłości. Dziś zajmuje ona powierzchnię 3,8 ha i nadal jest uznawana za jeden z najważniejszych zabytków architektury mieszkalnej w Beverly Hills, łączący styl neoklasyczny z duchem dawnego Hollywood.

A Warner Bros.? Po 1967 r. dla studia rozpoczęła się nowa era – era, która doprowadziła do potęgi zakończonej największą transakcją w historii kina. To już jednak osobna historia.

Źródła:

Andrzej Krajewski, „Wojny patentowe. By zbić fortunę trzeba zabezpieczyć prawo autorskie”, https://www.gazetaprawna.pl/biznes/artykuly/10 672 281,wojny-patentowe-by-zbic-fortune-trzeba-zabezpieczyc-prawo-autorskie.html

Andrzej Krakowski, „Bracia Warner (Warner Bros.), https://sztetl.org.pl/pl/tradycja-i-kultura-zydowska/sztuka/bracia-warner-warner-bros

Podobne wpisy