Lutowe wydanie „Home&Market” poświęcone jest kobietom, które realnie wpływają na kierunki zmian w Polsce. W tym kontekście coraz częściej pojawia się pytanie o wpływ rozumiany nie jako widoczność, lecz jako odpowiedzialność za decyzje, których skutki ujawniają się dopiero po latach. O takim właśnie wymiarze pracy w nieruchomościach opowiada Agnieszka Kaleta, dyrektorka sprzedaży i marketingu w Monting Development.
Coraz częściej słyszy się, że rynek nieruchomości wchodzi w fazę dojrzałości. Co to w praktyce oznacza?
Przede wszystkim przesunięcie punktu ciężkości. Dojrzałość nie polega dziś na skali ani liczbie realizowanych projektów, lecz na jakości decyzji podejmowanych na samym początku procesu. Coraz rzadziej kluczowe pytanie brzmi „ile zbudujemy”, a coraz częściej „jak to miejsce będzie funkcjonować za dziesięć czy piętnaście lat”.
Najważniejsze decyzje dotyczą skali, proporcji i relacji z otoczeniem. One nie są spektakularne i często nie widać ich od razu, ale to właśnie one decydują o tym, czy projekt po latach nadal działa – społecznie, funkcjonalnie i ekonomicznie.

Czy rynek nauczył się już takiego myślenia?
Jesteśmy w trakcie tej zmiany, ale to proces wymagający dużej dyscypliny. Dziś coraz częściej zdajemy sobie sprawę, że krótkoterminowa efektywność bywa sprzeczna z trwałą wartością.
Odporność projektu na zmiany stylu życia, demografii czy technologii wymaga rezygnacji z rozwiązań, które „dobrze wyglądają na starcie”, ale nie starzeją się dobrze. To nie jest łatwe ani oczywiste, bo oznacza także świadome przyję-
cie ograniczeń.
Jak ta zmiana wpływa na sposób pracy osób odpowiedzialnych za sprzedaż i komunikację?
Nasza rola wyraźnie przesunęła się bliżej początku procesu inwestycyjnego. Coraz częściej uczestniczymy w definiowaniu projektu. To naturalne, bo jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z klientami i szybciej niż rynek widzimy, jak zmieniają się ich oczekiwania. Dziś sprzedaż i marketing nie polegają na wzmacnianiu atrakcyjności projektu za wszelką cenę, lecz na weryfikowaniu, czy proponowane rozwiązania rzeczywiście odpowiadają na długoterminowe potrzeby użytkowników.
Co jest teraz dla klientów najważniejsze?
Bezpieczeństwo, spokój, komfort i przewidywalność. Klienci coraz częściej pytają nie o efektowność, lecz o to, jak budynek będzie funkcjonował w przyszłości: kto będzie jego użytkownikiem, jak ułoży się relacja z sąsiedztwem, czy projekt zachowa swoją jakość po latach. To wyraźna zmiana – mniej zainteresowania deklaracją, więcej uwagi poświęconej codziennemu doświadczeniu miejsca.

Czy takie podejście widać już w realizowanych projektach?
Tak, choć wymaga ono konsekwencji i gotowości do podejmowania trudnych decyzji. Bardzo dobrym przykładem jest realizacja Monting Development, projekt Chłodna 35 w Warszawie, gdzie kluczowe rozstrzygnięcia dotyczące skali i sposobu funkcjonowania budynku zostały podporządkowane długofalowej jakości miejsca. Świadomie wybraliśmy rozwiązania, które wzmacniają projekt strukturalnie. Przekłada się to na trwałą wartość projektu i przewidywalność jego funkcjonowania.
W przestrzeni publicznej często mówi się o odpowiedzialności deweloperów wobec miasta.
To naturalne oczekiwanie. Deweloperzy realnie kształtują fragmenty miast i odpowiadają nie tylko za sam budynek, ale też za jego relację z otoczeniem – ulicą, sąsiedztwem, przestrzenią wspólną. Coraz częściej oceniane jest nie to, jak inwestycja wygląda w momencie oddania, lecz jak funkcjonuje kilka lat później. To ważna zmiana perspektywy.
Czy w tej transformacji widzi Pani szczególną rolę kobiet?
Nie sprowadzałabym tego do płci, lecz do kompetencji. W coraz bardziej złożonych projektach kluczowe stają się umiejętność słuchania, łączenia różnych perspektyw i myślenia w długim horyzoncie. To one decydują o jakości zarządzania procesem i o tym, czy projekt zachowuje spójność od koncepcji po realizację.
Jakiej zmiany życzyłaby Pani całemu rynkowi?
Więcej spokoju w podejmowaniu decyzji – na każdym etapie. Najlepsze projekty nie muszą być głośne. Ich wartość ujawnia się w detalu, trwałości i w tym, że po latach nadal działają – bez konieczności tłumaczenia, dlaczego miało być inaczej.