Advertisement
Advertisement Advertisement

Oddajmy głos kobietom

Z Patrykiem Bułhakiem, fotografem i podróżnikiem, rozmawia Katarzyna Mazur

Dlaczego uczynił Pan z kobiet bohaterki swoich fotografii?

Mam mocno feministyczne podejście do rzeczywistości. Prawa człowieka oraz tematy gender, które podejmuję w swojej pracy, są dla mnie szczególne ważne, w tym zwłaszcza kwestie nierówności między kobietami i mężczyznami, które dostrzegam wszędzie. Mam wobec tego wewnętrzny sprzeciw i manifestuję go, czy to obecnością na czarnych protestach, czy poprzez moje projekty fotograficzne. Towarzyszy mi głębokie przekonanie, że mężczyźni mieli już wystarczająco dużo czasu, żeby wykazać się swoją sprawczością. Teraz czas, by oddać głos kobietom. Wydaje mi się, że gdyby to kobiety urządzały świat, byłoby nam wszystkim lepiej. Staram się o tym właśnie mówić poprzez fotografię. To jest mój język, sposób przekazu i wyrazu.

Potrzebował Pan wyjechać na Sri Lankę, żeby o tych kobietach opowiadać?

Osobiście potrzebowałem. Moje wyjazdy nie są tylko po zdjęcia. To złożony proces, w ramach którego przyglądam się także sobie – temu, kim jestem, co czuję, jak żyję, co robię dobrze, a nad czym powinienem popracować, żeby stać się lepszym człowiekiem, a co za tym idzie, lepszym fotografem i „storytellerem”. Taka podróż to rodzaj autoportretu, forma medytacji. Ale wchodzę też w relacje z innymi z wielką uważnością, na którą w ferworze dnia i spraw codziennych zwyczajnie nie ma miejsca. Poszukuję też historii, które nie są oczywiste, często są za to zapomniane, staram się więc przywrócić im ważność. Tak było właśnie w przypadku Tamilskich Tygrysic, które mimo iż konflikt zakończył się formalnie prawie 14 lat temu, żyją na marginesie społecznym, odrzucone, bez żadnego wsparcia. Chciałem oddać im głos.

Wracając do fotografowanych przez Pana kobiet, jak – biorąc pod uwagę specyfikę krajów, w których tworzył Pan swoje dwa ostatnie cykle – na ich wystąpienie przed męskim obiektywem reagowali ich ojcowie, mężowie, bracia?

W Iranie kobiety pozostają nieustannie pod nadzorem mężczyzn – najpierw ojców, braci czy opiekunów, później mężów. Co ciekawe, do 1979 r. Iranki były wyzwolone, nosiły makijaże, kolorowe stroje, nie zasłaniały ciała, mogły swobodnie się wyrażać, pokazywać publicznie uczucia, uczestniczyć w życiu społecznym i kulturowym. Później w wyniku rewolucji islamskiej wszystko się zmieniło, zabrano im te prawa oraz wolność. To znowu właśnie kobiety – tak jak w przypadku większości konfliktów – stały się głównymi ofiarami zmian.

Przygotowując się do wyprawy i robiąc research na temat Iranu, natrafiłem na informacje o kobietach Bandari. One swoim wyglądem i strojem wymykają się dzisiejszym stereotypom. Pokazują, że muzułmanka nie musi być schowana pod czarnym czadorem. Ich burki są niezwykle kolorowe, a na twarzach noszą metalowe maski pokryte zdobnymi, barwnymi materiałami. Wiedziałem, że to właśnie one powinny stać się głównymi bohaterkami tej historii. Wiedziałem też, że będzie niezwykle trudno do nich dotrzeć, bo wtedy żyły w zamkniętej i małej społeczności. Jednak udało się.

Co Pan zrobił, że się udało? Trudno mi sobie wyobrazić irańskich mężczyzn w 2015 r. przymykających oko na faceta robiącego zdjęcia ich kobietom.

W procesie pracy nad projektem wyznaję zasadę, że nic na siłę. Poddaję się biegowi wydarzeń, a z pozoru przypadkowo poznani ludzie okazują się często kluczowi. Tak było też tym razem. Nie miałem planu, nie miałem umówionego fixera, który pomógłby mi zorganizować się na miejscu. Ale kiedy dotarłem na wyspę Hormoz, spotkałem artystów muzyków z Teheranu, poprzez nich poznałem kobietę, która przyjechała tam na kilka dni i okazało się, że jest kulturoznawczynią z Teheranu, mówiła po angielsku, a usłyszawszy, jaki jest cel mojej podróży, zgodziła się pomóc. Była tłumaczką i pośredniczką w moich rozmowach z kobietami Bandari. Nie były one łatwe, bo możliwe tylko w krótkich chwilach, kiedy mężczyźni, którzy zajmują się rybołówstwem, wypływają w morze. Trwało to więc kilka dni. Cierpliwie czekałem i doczekałem się – dostałem informację, że kobiety zgodziły się stanąć przed obiektywem. Ich mężczyźni nie wyraziliby na to zgody. To był 2015 r.
Iran był zamknięty, turystyka praktycznie nie istniała. Na realizację sesji miałem dwadzieścia, może trzydzieści minut. Kobiety Bandari udziałem w moim projekcie zamanifestowały swoją
niezależność. To był ich akt odwagi, choć obarczony dużym ryzykiem. Patrząc im w oczy, widziałem lęk, ale też siłę.

Jak było ze Sri Lanką i projektem Porzucone córki Tygrysa?

Na Sri Lance skupiłem się na ofiarach konfliktu etniczno-religijnego, który trwał tam nieprzerwanie przez 25 lat od 1983 r. Poświęciłem swoją uwagę mniejszości tamilskiej, zamieszkującej północno-wschodnią część kraju.

Po przygotowaniach i dobrym researchu nakreśliłem plan działania i jesienią 2019 r. wylądowałem w Colombo. Wsiadłem w pociąg do Jaffny, z której zacząłem poszukiwania. Chciałem zbadać, jak wygląda życie i otoczenie w tej zapomnianej krainie, zwłaszcza na terenach ostatniej, najbardziej krwawej fazy konfliktu, zakończonego w maju 2009 r., kiedy doszło do masakry. W głowie miałem wiele pytań, chciałem znaleźć odpowiedzi, ale tym razem nie z książek czy internetu, tylko już bezpośrednio od ludzi, od świadków tamtych wydarzeń. Skupiłem się na wdowach, których po konflikcie zostało tam około 80 tys. To kobiety, którym najpierw zabrano młodość, później domy, rodziny, bliskich, zdrowie. Kobiety bez przyszłości i nadziei dla siebie, które wciąż walczą, tym razem o godne i lepsze życie dla swoich dzieci. Nie jest to łatwe. Pozbawione są pomocy, wsparcia, środków do życia. Kontrolowane i wciąż pod obserwacją, co kilka kilometrów są tam bazy wojskowe armii Sri Lanki, a na kilkunastu Tamilów przypada jeden uzbrojony żołnierz armii lankijskiej. Ciężko żyć nieustannie pod taką presją. To według mnie okrutny rodzaj przemocy psychiczno-emocjonalnej.

Odchodząc trochę od głównego wątku naszej rozmowy, ale pozostając w sferze fotografii – czy fotografia jest dziś postrzegana społecznie jako forma wyrazu artystycznego? Fotograf jest uważany za artystę na równi z malarzem, rzeźbiarzem, pisarzem? Tworzy sztukę?

Współcześnie jesteśmy zalewani obrazami. Dziś każdy w pewnym sensie może być fotografem cyfrowym, korzystając z możliwości, które dają telefony i social media.

Ma to swoje dobre, ale i złe strony. Jesteśmy zalewani miernym kontentem. Na szczęście są też jeszcze ważne społecznie projekty, które to równoważą.
Pojawiają się również dobre, inspirujące treści, które rozwijają. Oby takich jakościowych twórców było coraz więcej.

Czy fotografia jest sztuką? Na pewno. Możemy zobaczyć w galeriach sztuki – czy to w Berlinie, Paryżu, czy NY, ale także w Polsce (choć nadal mało), wspaniałe prace konceptualne czy dokumentalne tworzone przez prawdziwych artystów fotografów. Warto się nad tym pochylić. Jednak czy fotografia to sztuka na równi z innymi? Staram się nie kategoryzować, nie tworzyć szufladek. W każdej dziedzinie są rzeczy dobre i złe.

Czy z fotografowania da się żyć?

W Polsce? To trudny rynek. Nasza historia nie pozwoliła na wykształcenie społeczeństwa w tym kierunku, zwłaszcza jeśli mówimy o okresie sprzed transformacji. Z kolei lata 90. to okres „plakatów z Ikei”. Obecnie państwo też nie wspiera kultury i sztuki w stopniu, w jakim powinno czy mogłoby.

Przecież warto, żeby fotografia była obecna w galeriach sztuki, żeby była uznawana za sztukę. To forma edukowania, otwierania społeczeństwa na nowe, nieznane. To sposób na poszerzanie horyzontów, budowanie świadomości – zwłaszcza w kwestiach ważnych społecznie i kulturowo. Chodzi o to, żeby ludzie wyszli poza schemat, chcieli się rozwijać i poszukiwać, także w warstwie estetycznej. Żeby chcieli czuć więcej, dokonywali niesztampowych wyborów, nie kopiowali, tylko świadomie wybierali. To z kolei w sposób naturalny wpłynie na sytuację artystów, także fotografów. Jeśli pobudzimy popyt na fotografię, rynek ma szansę się poprawić.

W kontekście pewnej powierzchowności, chodzenia na skróty, Sri Lanka to dziś turystyczny raj. Jadąc tam, rzadko zastanawiamy się nad jej historią, ba, nawet nad obecną rzeczywistą sytuacją. Zresztą w wielu miejscach widzimy to, co chcemy, a nie to, co rzeczywiście się tam dzieje.

Jedziemy do tak zwanego raju, a przecież każde miejsce ma też swoje ciemne strony czy trudne tematy. Warto się nad nimi pochylić – zarówno jako twórca, jak i odbiorca. Cieszę się, że są instytucje i ludzie, którzy chcą o tym mówić i takie prawdziwe historie pokazywać.

Najnowsze

Bogaci młodzi wyjątkowi

Z czym młodzi wchodzą w biznes Z Miłoszem Brzezińskim, doradcą w zakresie efektywnościi społecznego rozumienia zjawisk psychologicznych, wykładowcą w PAN,rozmawia Beata Tomczyk. Czy młodzi mają szansę...

E-MOBILITY

e-mobilityPobierz

FAKTORZY ROKU

Faktorzy_rokuPobierz

Rynek PRS

rynek_PRSPobierz

Deweloper Roku 2023

deweloper_rokuPobierz