Byliśmy zupełnie nieprzygotowani na zimę, a nasze prognozy dotyczące uciążliwości i kosztów związanych z jej atakiem w ogóle nie były brane pod uwagę.
Jak zawsze zresztą, obraz „zaskoczenia zimą” jest czymś niejako dla nas charakterystycznym. Wiemy jednak, że pod tym względem nasze nieprzygotowanie – czy wręcz nieporadność wobec wydarzeń – wynikało prawdopodobnie z błędnych prognoz, w myśl których w Polsce „zimy miało już nigdy nie być”, a temperatury ujemne miały stać się zjawiskiem wyjątkowym.
Prof. Witold Modzelewski
Instytut Studiów Podatkowych
Rosną koszty funkcjonowania
Takie błędy niosą ze sobą bardzo istotne konsekwencje kosztowe i wydatkowe. Używam tu może niezgrabnych, „okropnych” słów, więc warto to wyjaśnić wprost: takie zimy po prostu kosztują.
Kosztują przedsiębiorców. Kosztują państwo, które musi wydawać znacznie więcej środków na obsługę wydarzeń klimatycznych obejmujących w zasadzie cały kraj. To nie są drobne kwoty. W zależności od tego, jak długo potrwa ta prawdziwa zima, z którą już mamy do czynienia w Polsce, stawia to pod znakiem zapytania także sferę wydatkową państwa. Na to trzeba przeznaczać pieniądze publiczne. Już je wydajemy.
W konsekwencji rosną koszty funkcjonowania zarówno państwa, jak i przedsiębiorstw. A wiemy przecież, że żyjemy w świecie bardzo drogiej energii – jednej z najdroższych, także w skali naszego regionu, gdzie wcale nie jest tanio. I wiemy również, co jest tezą dość banalną, że tego rodzaju koszty nie były należycie brane pod uwagę ani w prognozach makroekonomicznych, ani w prognozach dotyczących działalności firm.
Po prostu zużywamy więcej drogiej energii, zwłaszcza energii elektrycznej, i ponosimy większe wydatki – zarówno ze środków publicznych, jak i prywatnych – związane z usuwaniem skutków takich wydarzeń. Wydarzeń, które w pewnym sensie umknęły naszej świadomości. Być może uwierzyliśmy w błędne prognozy dotyczące skutków klimatycznych oraz rzeczywistego przebiegu transformacji klimatycznej.
To jest kwestia niezwykle istotna, ponieważ wynikają z niej nie tylko oczywiste wnioski o konieczności zwiększenia prognoz kosztowych i wydatkowych, lecz także świadomość, że są to wydatki, które nie przynoszą żadnych realnych korzyści rozwojowych.
Te wydatki i te koszty są po prostu dodatkowym ciężarem, który jako zbiorowość musimy ponieść. Tego czynnika z pewnością nie uwzględnialiśmy dotąd w naszych kalkulacjach. Jest to element istotny i powinien być odnotowany nie tylko z perspektywy krótkoterminowej, ale także w dłuższym horyzoncie.
Przyjrzeć się koncepcji zmiany źródeł pochodzenia energii
Ta dłuższa perspektywa prowadzi do pytania, czy nie powinniśmy w sposób bardziej zasadniczy spojrzeć na całą koncepcję zmiany źródeł pochodzenia energii. Zwłaszcza warto zadać sobie pytanie: co by było, gdybyśmy dokonali już pełnej, docelowej transformacji energetycznej, a zima w obecnym kształcie by przyszła? Czy nie okazałoby się wtedy, że bez węglowych ciepłowni i węglowych elektrowni nie jesteśmy w stanie zapewnić skokowego wzrostu zużycia energii – przede wszystkim energii elektrycznej, ale szerzej także energii cieplnej?
Sądzę, że nawet cisza wokół tego zagadnienia jest symptomatyczna. Powinniśmy zauważyć, że niekoniecznie wszystkie prognozy – zresztą nie pierwsze i nie ostatnie – którymi jesteśmy w pewnym sensie szantażowani i którym towarzyszy narracja o nieuchronności określonych zdarzeń, są prawdziwe. Co więcej, pomyłki w prognozach po prostu kosztują.
Jeżeli prognozy były zbyt optymistyczne i eliminowały pewne wydatki, to w momencie, gdy okazują się błędne, trzeba te środki znaleźć. To bardzo proste: firmy, państwo i samorządy muszą mieć pieniądze na pokrycie tego rodzaju nieprzewidzianych kosztów.
Są to okoliczności ważne, które być może jeszcze nie dezawuują ani nie negują optymistycznych ocen naszej kondycji gospodarczej, ale z całą pewnością musimy je brać pod uwagę, konfrontując je z tymi ocenami, o których mówiłem na wstępie.