Advertisement

Mistrz gier

„Polski sen”, czyli jak zostać miliarderem.

Paweł Marchewka zasłynął jako biznesmen dopiero na początku 2022 r., kiedy pożyczył 15 mln złotych pewnej firmie, która chciała wykupić działki premiera Morawieckiego i jego żony. Tymczasem ten niespełna pięćdziesięciolatek na najnowszej liście najbogatszych Polaków magazynu Forbes zajmuje już 10 miejsce i wiele wskazuje, że w najbliższych latach będzie się piął w górę. Jego majątek jest dziś wart około  3 mld złotych. Zarobił te pieniądze na produkcji gier komputerowych.

Zaczynał jak nastoletni uczeń technikum od handlu dyskietkami i kasetami (tak!, gry na Commodore 64 wygrywało się z kaset magnetofonowych). Czasy były takie, że w Polsce nie obowiązywała ochrona praw autorskich. Dorabiano się na handlu grami, filmami, muzyką, a także książkami; pierwsza ustawa o ochronie praw autorskich została uchwalona dopiero w lutym 1994 r, ale nasz bohater uwinął się trzy lata wcześniej. W 1991 r. gdy miał 18 lat założył Techland – firmę, dzięki której stał się miliarderem. Własne produkcje firma zaczęła wcześnie. Początkowo tworzyła polskie wersje zagranicznych programów i wydawała je na polskim rynku. W 1993 r. Techland rozpoczął własne oryginalne produkcje: słowników, programów do tłumaczenia, programów edukacyjnych (matematyka, język polski, geografia), a także gier komputerowych. Pierwszym sukcesem firmy były „Prawo krwi” reklamowane jako rodzima wersja mordobicia „Mortal Kombat 3”. Gra była prymitywna, nudna, ale miała swojski klimat, bo była „nasza polska”. Odniosła sukces. Przełomem okazało dołączenie jej do popularnego wówczas miesięcznika „CD-Action”, za drobną opłatą. Dzięki temu gra trafiła do kilkunastu tysięcy polskich domów. Tak zaczęła się droga Pawła Marchewki na biznesowy szczyt. O początkach swojego biznesu po latach wspominał, że nauczył się, aby kupować taniej i sprzedawać drożej. Gdy z okazji trzydziestolecia firmy był pytany o cele, które chciałby osiągnąć i czy wybiera się na biznesową emeryturę, odpowiedział, że chce prowadzić „Techland tak, żeby powstała gra ze średnią ocen 9/10, zarówno wśród mediów, jak i graczy. To byłoby naprawdę fajne. To jest mój cel”. Na razie najlepsza gra z jego portfolio ma 8/10.

Wzloty i upadki

„Zaczęło się od komputera Meritum, który zobaczyłem u kuzynów. Czytałem „Bajtka”, grałem w gry telewizyjne, tam był ping-pong, tenis, squash. Na Meritum graliśmy w „węża” – wspominał Paweł Marchewka w rozmowie z komputerswiat.pl.

Firma Techland powstała, bo chciał wymienić Commodore-64 na Amigę. Gry zdobywał we Wrocławiu i sprzedawał w Ostrowie Wielkopolskim. Ponieważ biznes się rozrastał, to wciągnął do niego kolegów z klasy. „W czwartej klasie wyglądało to tak, że spotykaliśmy się jeszcze z dwoma kolegami z klasy o 12:30 na przerwie i stwierdzaliśmy, że ponieważ zostały nam dwie, trzy lekcje, to chyba nic się nie stanie jak je opuścimy. Dzieliliśmy gry i rozjeżdżaliśmy się każdy w swoją stronę. W piątej klasie zatrudniałem już kilka osób i obsługiwaliśmy dziesiątki sklepów w różnych regionach Polski. Do szkoły chodziłem tylko po to, żeby ją skończyć” – opowiadał Paweł Marchewka w jednym z  wywiadów dla „Forbesa”.

Gdy zbliżało się uchwalanie ustawy antypirackiej (weszła w życie 1994 r.) firma była gotowa do zmiany modelu biznesowego. Zaczęli robić własne produkcje.

„Jestem osobą z zasadami. Jeśli komuś coś obiecam, to tę obietnicę muszę wypełnić. To dotyczy całego spektrum biznesu i pewnie dużo ludzi to potwierdzi” – tak charakteryzował samego siebie w 2020 r. w wywiadzie dla innpoland.pl. Jego współpracownicy i podwładni za najważniejszą cechę szefa uważają to, że skomplikowane procesy umie wytłumaczyć prostym językiem.

Przełomowa dla rozwoju firmy i osobistych doświadczeń Pawła Marchewki była gra „Exterminacja” z 1999 r. Nazywano ją “polskim StarCraftem”. Była dowodem na to, że Techland nie zamierza wyważać otwartych drzwi, ale potrafi szybko dopasować własne produkcje do obowiązujących trendów. „My wtedy zupełnie nie wiedzieliśmy, jak się zabrać za zrobienie gry komputerowej. A żeby jeszcze równocześnie, tak jak Hideo Kojima w tamtym czasie, stworzyć nowy gatunek, to już w ogóle było nie do pomyślenia. Dlatego szliśmy przetartymi już przez innych ścieżkami. Wiedzieliśmy, że modne są strategie, chcieliśmy więc zrobić po prostu dobrą polską strategię, która mogłaby konkurować z Zachodem” – tłumaczył Marchewka.

„Exterminacja” okazała się pouczająca ze względów biznesowych. „Sukces na Zachodzie w tamtych czasach wymagał dopracowania relacji z dystrybutorami. Kupowali polski produkt naprawdę tanio, bo wiedzieli, że producent nie ma wyjścia, bo nie zna nikogo innego kto mógłby wprowadzić to do sprzedaży. (…) Nie zapłacili nam 80 proc. ustalonej kwoty. Byliśmy w sądzie przez trzy lata. Tak się szczęśliwie złożyło, że ostatecznie odzyskaliśmy pieniądze. Ale przez te trzy lata było ciężko” – opowiadał Marchewka.

Ekstraklasa

Przełomem okazała się gra „Chrome” z 2003 r. Nie tylko sprzedała się w zawrotnej liczbie 800 tys. sztuk, ale również dała firmie „silnik”, czyli to na czym umieszczona była fabuła, tej dość nieskomplikowanej „strzelanki”. Dzięki temu Techland mógł sprzedawać swój silnik innym firmom komputerowym. To był zupełnie nowy biznes.

Pierwszym „globalnym” sukcesem firmy była „strzelanka” umieszona w realiach Dzikiego Zachodu w 2006 r. Wydawcą gry i inwestorem był francuski producent i wydawca gier komputerowych Ubisoft, którego przychody przekraczają (w 2022 r. 2 mld euro). Gra została zauważona. Zebrała pozytywne recenzje. Pierwsza część sprzedała się w milionie egzemplarzy, druga jeszcze lepiej – w liczbie 1,5 miliona sztuk.

Do wyższej ligi finansowej Techland trafił w 2011 r. dzięki trzeciej części „Call of Juarez” oraz „Dead Island”, grze o świecie opanowanym przez zombie, w którym wiadomo co trzeba robić, aby przeżyć. Tą grę kupiło 8 mln ludzi na całym świecie, tym samym stała się globalnym hitem.

Marchewka opowiadał, że pomysł na tę grę przyszedł mu do głowy, gdy wygrzewał się na słońcu na plaży, która mogłaby uchodzić z część raju.

Kontynuacja tej gry, „Dying Light” została stworzona już całkowicie przez Techland i do tej pory sprzedało się ponad 20 mln kopii tej gry. To gigantyczny sukces. „Sukces serii „Dying Light” to dowód na to, że tworzymy dla naszych graczy niezapomniane przeżycia” – chwalił się w komunikacie  Paweł Marchewka, prezes Techlandu. Druga część gry wydanej na początku 2022 r. zwróciła się po… miesiącu. Do maja sprzedano ponad 5 mln kopii.

Jest ona na najlepszej drodze, aby powtórzyć sukces pierwszej części.

Ucz się na błędach

Za jedną swoich największych porażek Marchewka uważa dziś wydanie wspominaj już gry: „Call of Juarez: The Cartel” w 2011 r. Wydawca gry z którym współpracowali naciskał, aby gra ukazała się w terminie. Marchewka uważa, że potrzeba było jeszcze pół roku, aby została dopracowana. Produkcja została wydana zgodnie z planem, ale zdobyła tylko 5/10 wśród graczy. Wydawca był nieustępliwy: albo premiera nastąpi 30 czerwca, albo posypią się kary. „Już wtedy sobie powiedziałem, że pracujemy dla graczy. Naprawdę żałuję, że nie mogliśmy dopracować gry jeszcze bardziej. Byłaby świetna, ale potrzebowalibyśmy kolejnych sześciu miesięcy. To była nauczka, żeby brać całą odpowiedzialność na siebie, a nie tylko część produkcyjną” – opowiadał Marchewka innpoland.pl

Jego zdaniem podobny błąd popełnili wydając zbyt szybko „Chrome”. Tam zabrakło im do perfekcyjnego produktu dwóch, trzech miesięcy.       

„Ale nawet pomijając kwestię terminu premiery „The Cartel”, sama próba nawiązania współpracy z zewnętrznym wydawcą była dla nas niepotrzebnym skrętem w bok. „Chrome’a” wydaliśmy sami. Nie oszukujmy się jednak – głównie dlatego, że wielcy wydawcy nie byli zainteresowani. I cały czas próbowaliśmy się do tych dużych wydawców dostać. Do Ubisoftu, do Electronic Arts. W przypadku „Call of Juarez” w końcu nam się udało. W ten sposób zaczęliśmy robić gry na konsole, ale jednocześnie zrezygnowaliśmy z naszego wydawnictwa” – twierdził Marchewka.

„I to była zła droga, bo jednak wydawca zabiera, powiedzmy, dwie trzecie przychodów. Mało tego. Nauczyliśmy się, że znając tytuł, sami najlepiej robimy do niego marketing. Mieliśmy już wtedy kompetencje, chociażby po „Chromie” – podsumował Marchewka.

Ale wyciągając z wnioski z tych błędów firma była gotowa na stworzenie, już całkowicie sama, swoich hitów.

Pod presją

Na początku 2021 r. Techland i osobiście Marchewka musieli zmierzyć się z poważnymi oskarżeniami o złe warunki pracy i mobbing. Niektórzy komentatorzy uważali, że atak został zorganizowany przez konkurencję.

W internetowej witrynie thegamer.com redaktor naczelny serwisu Kirk McKeand wytoczył poważne oskarżenia pod adresem Marchewki opierając je na „anonimowych źródłach”. Twierdził, że poświęcił rok na rozmowy z byłymi pracownikami Marchewki słuchając o seksizmie, mobbingu, toksycznej atmosferze pracy i „języku nienawiści”. Dowodem na seksizm Marchewki miała być… fotografia nagiej czarnoskórej modelki z gepardem, która wisiała w jego gabinecie. Prezesowi zarzucano też, że… zatrudnił w firmie swoje żonę i siostrę.

„–To nieprawda, że Paweł zmusza ludzi do pracy non stop. Czy są momenty frustracji? To normalne w tej branży, że pracuje się ciężko nad różnymi elementami złożonego projektu, jakim jest współczesna gra komputerowa, a w pewnym momencie okazuje się, że któryś z tych elementów nie wchodzi do finalnej wersji produktu albo jest znacząco przerabiany czy poprawiany. Rozumiem, że nie wywołuje to zachwytu, ale praca nad grą to proces i trzeba mieć tego świadomość. Nie ma takiej firmy, w której jest kilkuset pracowników i wszyscy są zadowoleni” – mówił tygodnikowi „Polityka” o tych zarzutach chcący zachować anonimowość „pracownik Techlandu”.

Atak na Marchewkę poprzedziły odejścia z firmy ważnych pracowników. Paweł Zawodny, programista i dyrektor do spraw rozwoju odszedł do CD Projektu po prawie dwudziestu latach pracy a to przecież jakby z Apple przejść do Microsoftu. CD Projekt jest bezpośrednią konkurencją Techlandu.

Gry CD Projekt „Cyberpunk 2077” i „Wiedźmin” to najpoważniejsi konkurenci gier Marchewki. Niektórzy uważają, że Marchewka traktuje CD Projekt jako bezpośredni punkt odniesienia. Czyli: ich sukces, to nasza porażka.

Sam zainteresowany publicznie dystansuje się od starej rywalizacji z CD Projektem. „Chyba mieliśmy taką przyjacielską rywalizację przez lata, ale na pewno nie jest to rywalizacja zagorzała. My w Techlandzie myślimy przede wszystkim o tym, żeby zrobić jak najlepszą grę i rywalizować z całym światem, a niekoniecznie tylko z CD Projektem. Na pewno ich doceniam, zrobili najlepiej ocenianą polską grę. Ale my chcemy po prostu zrobić jeszcze lepszą grę w naszym stylu. Gramy w trochę innych konkurencjach. Robimy inne gry, dla innej publiczności, choć oczywiście wśród naszych klientów są pewne pokrywające się grupy.” – tłumaczył na łamach innpoland.pl

Na zarzuty thegamer.com Marchewka odpowiedział w specjalnym oświadczeniu. 

„Wszystkie kwestie dotyczące Techlandu, a w szczególności warunków pracy osób, które od lat budują sukces firmy, traktujemy niezwykle poważnie. Na pytania Kirk’a McKeand, redaktora naczelnego serwisu „The Gamer”, odpowiedzieliśmy szczerze i wyczerpująco, traktując każdy wątek indywidualnie. Podkreślamy, że szanujemy zarówno opinie dziennikarza jak i wypowiedzi naszych byłych pracowników, mimo tego, że absolutna większość z nich po raz pierwszy została nam przedstawiona w trakcie pracy nad artykułem, a niektóre z opisywanych incydentów miały mieć miejsce, według przedstawionych nam informacji, ponad dziesięć lat temu. Firma zapewnia, że cały czas pracuje nad „poprawą komunikacji wewnętrznej” i wsłuchuje się w uwagi od pracowników. Jasno deklarujemy, że nie ustaniemy w wysiłkach, aby Techland był takim pracodawcą o jakim marzą wszystkie talenty w branży; miejscem przyjaznym dla wszystkich ambitnych osób poszukujących rozwoju w gamedevie, również tych, którzy pragną ją zmieniać” – podsumował Marchewka.

Siła spokoju

Zaatakowany, prezes nie próbował przedstawić tego ciosu jako próby storpedowania nadchodzącej premiery Dying Light 2. Marchewka nie ugiął się – dzięki zdobytemu doświadczeniu – i spokojnie kontynuował pracę nad grą. Dzięki tej sile spokoju, gra w 2022 r. stała się wielkim hitem. CD Projekt nie miał takiej cierpliwości i odpalił „Cyberpunka 2077” w wersji tak dalece niedoskonałej, że premiera tej gry stała się zamiast powodem do radości, źródłem wielkiej frustracji. Firma zamiast zarobić pieniądze i zyskać prestiż zaczęła zmagać się z krytyką. Wszystko dlatego, że pod presją zdecydowała się rozpocząć sprzedaż niedopracowanego produktu.

Rywalizacja

W grę wchodzi też rywalizacja o młodych zdolnych programistów. Obecnie to jest miejsce, w którym pracownik może wybierać sobie dla kogo pracuje. Zła sława miejsca pracy, to bilet w niebyt dla studia, które chce się rozwijać. Bez świetnych programistów nie będzie dobrych gier. A Polska jest zagłębiem firm produkujących gry komputerowe, rywalizacja o nowych pracowników jest więc duża.

Nie kryjąc się za maską „anonimowego rozmówcy” ale pod własnym nazwiskiem o Marchewce z dziennikarzami „Polityki” porozmawiał Szymon Sikorski, twórca Publiconu, firmy zajmującej się public relations (współpracującej m.in. z Orlen Team). „Znamy się, bo Wrocław to taka wioska z tramwajami. Ma charyzmę. Jest konsekwentny w tym, co robi. Przyjechał tu na studia z małego miasta, bo Ostrów Wielkopolski to nie jest metropolia. To też moje doświadczenie, więc wiem, jak ciężko przebić się w nowym miejscu ze swoimi pomysłami” – podkreślał Sikorski i dodawał, że twórca Techlandu jest wymagającym szefem. „Mówi się teraz dużo o working balance (wyważeniu pracy i życia prywatnego – red.), więc kiedy Elon Musk na Twitterze napisał, że biznes może budować z tymi, którzy pracują 80 godzin w tygodniu, wybuchła awantura, że to wyzysk. Mogę się domyślać, że kiedy z korporacji przychodzi się do firmy właścicielskiej, można się zderzyć z innymi wymaganiami, ale właściciel zawsze wymaga więcej, również od siebie”.

Ile wart jest Marchewka?

Pod koniec lipca Techland wypłacił swojemu właścicielowi, Pawłowi Marchewce zaliczkę na poczet dywidendy – 312 mln zł. Techland, który zatrudnia ponad czterysta osób nie jest na razie spółką publiczną. Taka zaliczka pozwala oszacować, że Techland spodziewa się rocznego zysku nie niższego niż 624 mln złotych. Spółka może też umorzyć akcje za pokaźnym wynagrodzeniem dla akcjonariusza. Na podstawie tych danych dziennik „Puls Biznesu” oszacował wartość spółki. „Przyjmując liczbę akcji spółki na 175,94 mln, implikowana wycena Techlandu to 10,56 mld zł”, czyli Paweł Marchewka byłby według niej znacznie wyżej na liście najbogatszych Polaków Forbesa. Jakoś… tuż za podium.

Wśród prawdziwych przedsiębiorców obowiązuje jednak zasada: jeżeli biznes jest dobry, to po co sprzedawać w nim akcje i poszukiwać innych wspólników?

Większość rozmówców dziennikarzy twierdzi, że Paweł Marchewka jest już tak bogaty, że pieniądze mają dla niego drugorzędne znacznie, ale wciąż dąży do zdobycia światowego uznania. Do uzyskania magicznej noty 9/10 dla swojej gry. Jeśli to osiągnie, będzie na podium Forbesa.

Najnowsze

Żadna branża nie może czuć się bezpiecznie

Allianz Trade wspólnie z Polskim Instytutem Credit Management (PICM) zbadali nastroje menedżerów zarządzających finansami firm prowadzących działalność w Polsce. W ich opinii,...

Zwracamy uwagę na ceny produktów spożywczych

W obliczu szalejącej inflacji, w poszukiwaniu stabilności finansowej, konsumenci zmieniają swoje preferencje zakupowe, dotyczące artykułów spożywczych. Chętniej korzystają z promocji i szukają tańszych...

Zmniejszyć negatywny wpływ inflacji na firmę

Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w zeszłym miesiącu inflacja wyniosła 17,2 proc. Utrzymujący się wysoki wzrost cen sprawia, że...

Złotówkowicze zawalczą o swoje prawa

Z Karoliną Pilawską, adwokatem, wspólnikiem w kancelarii Pilawska Zorski Adwokaci, rozmawiała Katarzyna Mazur.   Dużo mówi się w przestrzeni medialnej o kolejnych orzeczeniach,...

Złoto remedium na niepewne czasy? 

Złoto, jako inwestycja, jest na ustach wielu. Jednak niezależnie od tego, czy się je kocha, czy nienawidzi wojna rosyjsko-ukraińska...